piątek, 18 marca 2016

Demon i śmiertelniczka (Rozdział 2. Przedsmak nadchodzącego koszmaru)

Adres obrazka: kliknij
Złote smoki, istoty tak stare, że o ich istnieniu ludzie zapomnieli zupełnie, a anioły i demony traktują jako bajki. Podobnie jak zwykłe smoki mają skrzydlate ciała pokryte łuskami. Jednak na tym różnice się kończą. Wiecznie żyjące poza czasem i przestrzenią złote smoki, są mądre, inteligentne i potrafią mówić, są twórcami tego, co widzialne i niewidzialne, łuski pokrywające ich ciała są twardsze od najcenniejszych rud wykorzystywanych przez demony w magicznej kuźni Królestwa Ciemności. W swej mądrości złote smoki przewyższają demonicznych władców oraz Radę Pięciu, która sprawuje rządy w anielskim Królestwie Niebios. Potrafią mówić, oraz porozumiewać się bez słów za pomocą energii myśli… Żyją tam gdzie nie sięgają oczy śmiertelników i nieśmiertelnych, sprawują pieczę nad jednymi i drugimi, pilnują równowagi… równowagi, która została niespodziewanie zachwiana…

          W świecie, który swym wyglądem nie przypomina światów zamieszkiwanych przez ludzi, anioły i demony, w świecie odległym i zarazem bliskim wszystkim trzem rasom złote smoki zebrały się razem po raz pierwszy od pięciuset tysięcy lat. Powodem ich zebrania było załamanie się równowagi między Dobrem i Złem. Równowaga zostaje zachwiana, kiedy jedna ze stron zyskuje zbyt dużą przewagę nad drugą. Dlatego anioły i demony muszą toczyć między sobą odwieczny konflikt, żadna ze stron nie może nigdy zyskać przewagi, żadna nie może zwyciężyć, ponieważ Dobro nie może istnieć bez Zła, a Zło jest niczym bez Dobra. Pięćset tysięcy lat temu równowagą zachwiał Salomon, człowiek, który urodził się z mocą tak wielką, że zjednoczył wszystkich ludzi i wypowiedział wojnę demonom. Chciał opanować zarówno Królestwo Ciemności jak i Niebiosa. Po jego śmierci z niewyjaśnionych przyczyn pojawiła się bariera… złote smoki wiedziały, że bariera jest dobra, oddzielała, bowiem ludzi od aniołów i demonów, dzięki czemu nieśmiertelni musieli walczyć między sobą i nie mieli już możliwości manipulowania ludźmi.
          - Bariera upadła, bracia. – powiedział największy ze złotych smoków, który przyjął majestatyczną pozycję, jako najważniejszy i najwspanialszy… był bowiem twórcą wszelkiej wiedzy. Pojmował wszystko z wyjątkiem tajemniczej mocy Salomona i to go przerażało i fascynowało zarazem…
          - Zła moc Salomona ponownie się odrodziła. – stwierdził kolejny smok, który w pradawnych czasach był odpowiedzialny za stworzenie świata materialnego.
          - Magia Salomona jest inna, nie ma nic wspólnego z magią, którą ja stworzyłem i dałem śmiertelnym oraz nieśmiertelnym. To niebezpieczna magia, która zburzyła barierę, demony i anioły już manipulują ludźmi i dążą do wykorzystania ich w wojnie. – stwierdził smok, który był stworzycielem wszelkiej magii, z wyjątkiem tajemniczej magii Salomona.
          - Człowiek, w którym przebudziła się moc Salomona musi zginąć jak najszybciej – zabrał głos po raz kolejny, największy, twórca wszelkiej wiedzy.
          - Człowiek musi zginąć, a anioły i demony muszą się po równo podzielić nie tylko Światem Ludzi, muszą się podzielić całą planetą, inaczej nie przywrócimy równowagi. – Powtórzyły zgodnie wszystkie pozostałe smoki.
          - Bracia nie zgadzam się z wami!
          Stwierdzenie to poruszyło wszystkie zebrane złote smoki.
          - Bracia, to ja stworzyłem ludzi, ja dałem życie aniołom i demonom. Jako stwórca ludzkości… jako stwórca życia nie zaakceptuję uśmiercenia zwykłej ludzkiej dziewczynki! My złote smoki powinniśmy ograniczyć się do samej obserwacji! Bracia, wiem, że ludzkie serca są przewrotne, istoty te w przeciwieństwie do aniołów i demonów kierują się emocjami i do tego są śmiertelne. Przez te pięćset tysięcy lat istnienia bariery, począwszy od śmierci Salomona ludzie przeszli prawdziwą ewolucję. Tworzyli różne religie, które upadały, osiągnęli wysoki poziom nauki, polecieli w kosmos i doprowadzili do wojny jądrowej, która ich zniszczyła, prawie doszczętnie… jednak ci, którzy przeżyli, dalej ewoluowali… Ludzie zapomnieli o czasach, w których zamiast magii opierali się na nauce i technologii. Już nawet nie pamiętają o swoich starożytnych przodkach, których miasta z wieżowcami sięgającymi nieba pochłonęła ziemia. Powiem więcej! Bracia! Ludzie obecnie nawet nie zdają sobie sprawy, że mieszkają na planecie, która jest okrągła i nazywana kiedyś Ziemią. To, co śmiertelnicy nazywają Światem Ludzi jest zaledwie fragmentem całej planety. Góry, które nazwali Grzbietem Świata, ocean i Rzeka Śmierci stanowią dla nich ostateczne granice ich świata. Granice, których nie są w stanie przekroczyć z wielu powodów. W każdym razie na tej planecie poza ludźmi żyją jeszcze druidzi i elfy, a nawet gnomy, krasnoludy i inne rasy. Bariera Salomona przez pięćset tysięcy lat oddzielała ich wszystkich, całą planetę od aniołów i demonów, które żadnym sposobem nie mogły ze swoich wymiarów przedostać się na planetę, na Ziemię.
          Słowa smoka, który stworzył wszelkie życie jednych zaskoczyły, a w innych obudziły wspomnienia.
          - Bracie, ludzie, których stworzyłeś zaprawdę są fascynujący. Pamiętamy dobrze jak ponad trzy tysiące lat po śmierci Salomona zapomnieli, czym jest magia, woleli swoją naukę, z powodu, której rozpętali wojnę atomową i się prawie w całości unicestwili. – Stwierdził któryś ze smoków.
          - Niektórzy z ludzi przetrwali pod ziemią, inni na powierzchni oparli się mocy promieniowania swej okrutnej broni. – Dodał kolejny ze smoków.
          - To rasa nieobliczalna, z powodu bariery Salomona nawet my nie mogliśmy interweniować, więc tylko obserwowaliśmy jak ludzkość doprowadza do swej zagłady i potem ponownie się odradza oraz ewoluuje. – Zauważył jeszcze inny smok.
          - Bracia proszę zaufajcie mi, wiedzcie, że sprawy przybrały obrót niespodziewany nawet dla nas, złotych smoków! Jest tyle znaków zapytania, a o największym powiem wam teraz. Musicie wiedzieć, że stała się rzecz zaskakująca, przekraczająca wszelkie przewidywania… otóż bezbronna dziewczyna, która odziedziczyła moc Salomona była bliska śmierci, lecz ocalił ją demon! – A jego imię brzmi Uzjel…
          - Nie może być! – stwierdziły wszystkie smoki – Uzjel jest jednym z najpotężniejszych z demonicznych braci, ojcem jego i pozostałych był sam Lucyfer.
          - Owszem bracia ojcem Uzjela, Maltaela, Azmodana, Mefista i pozostałych z demonicznych braci był Lucyfer, pradawny anioł, który zaginął jeszcze przed narodzinami Salomona. Lucyfer spłodził swych synów ze swymi demonicznymi konkubinami. Jednak z Uzjelem było inaczej, jego matką nie była żadna z demonicznych nałożnic, matką Uzjela była ludzka kobieta, stąd jego odmienny wygląd. – wyjaśnił największy ze smoków zaskakując wszystkich.
          - Nasz brat ma rację – ponownie zabrał głos stwórca ludzkości – Uzjel jest inny, wyjątkowo potężny, od dawna go obserwowałem, jednak to, co zrobił zaskoczyło nawet mnie. Jako demon, powinien być, tak jak jego bracia, w całości przesiąknięty złem, a jednak ocalił ludzką istotę i wydaje się, że ma zamiar cały czas ją ochraniać.
          - Skoro demon potrafił uczynić coś dobrego, coś wbrew swej naturze to oznacza, że zachwianie równowagi jest głębsze niż myśleliśmy. – Stwierdziły pozostałe smoki.
          Po naradzie wszystkie złote smoki, pradawne, tajemnicze i niesamowite istoty podjęły zaskakującą decyzję…

       Dziewczyna leżała na trawie obok drewnianego koła od wozu. Kilka metrów dalej stały przywiązane do drzew konie, które skubały trawę. Z oczu leciały jej łzy, czuła, że koniec jest bliski. Ręce miała związane za plecami, a sznurek był dodatkowo przywiązany do koła, tak na wszelki wypadek, gdyby jakimś magicznym sposobem udało jej się rozwiązać nogi i spróbować uciec.  Miała najwyżej szesnaście lat, całe życie było przed nią. Kiedy o świcie razem z ojcem i braćmi wyjeżdżała z Łozy, swojej rodzinnej wsi nawet przez myśl jej nie przeszło, że to może być ostatni dzień jej życia. Jechali na targ do miasta zwanego Langwedocja, stolicy Krainy Słońca. Niestety podczas podróży przez las napadli ich bandyci. Ojca i braci zabili od razu, a dziewczynę związali, aby się nią zabawiać, a na końcu zapewne sprzedać na targu niewolników. Miała tego świadomość, wiedziała, co bandyci robią z młodymi dziewczynami, takimi jak ona. 
- Zgwałcą mnie, to tylko kwestia czasu. – Pomyślała próbując się uwolnić. Jednak im gwałtowniej się poruszała, tym mocniej sznur wrzynał się w skórę. Czuła przejmujący ból, wiedziała bez patrzenia, że nadgarstki i przeguby ma zdarte do krwi. Myśli pełne lęku wirowały w jej głowie, była przerażona. Kosmyk przepoconych czarnych niczym noc włosów opadł jej na oko, włosy miała tak długie, że prawie dotykały związanych za plecami nadgarstków. Nosiła imię Egwene, jednak jej imię nie było w tej chwili istotne, bandytów interesowało tylko jej ciało…  
 Mordercy po zabiciu ojca i braci Egwene najpierw przeglądali zdobyte łupy, a potem rozpalili ognisko, przy którym zjedli upolowaną zwierzynę. Teraz siedzieli przy ogniu i pili piwo. Zniewolona dziewczyna obserwowała ich nieustannie. Po chwili spojrzała w górę, tak jakby miała nadzieję, że nadleci stamtąd jakaś pomoc. Niestety jej nadzieja szybko prysła. Księżyc był już wysoko na niebie, otoczony pięknymi gwiazdami niczym przystojny mężczyzna, któremu towarzyszą urodziwe niewiasty. Dziewczyna po kilku minutach wróciła myślami do rzeczywistości. Sama się sobie dziwiła, że w tak tragicznej sytuacji była w stanie tak bardzo zamyślić się nad pięknem gwieździstego nieba. Spojrzała ponownie na swoich oprawców. Naliczyła dwudziestu tęgich mężczyzn uzbrojonych w miecze i łuki. Towarzyszyło im kilka kobiet, równie zepsutych jak oni. Najmłodsi z grupy wyglądali na jej rówieśników, a najstarsi mogli mieć jakieś pięćdziesiąt lat. Zastanawiała się z przerażeniem, który podejdzie do niej jako pierwszy. Bała się, że będą ją bić, albo w jakiś inny, wymyślny sposób zadawać ból. W końcu jej braci i ojca zamordowali z zimną krwią, zarżnęli na oczach Egwene jak zwierzęta. Nagle z trwogą uświadomiła sobie, że jeden z młodszych oprawców wstał od ogniska i zbliżał się chwiejnym krokiem w jej stronę uśmiechnięty i upojony alkoholem. Zaczęła się szarpać ze wszystkich sił, jednak próby uwolnienia się tylko go rozbawiły. Kiedy złapał ręką szyję dziewczyny i próbował ją pocałować ugryzła go.
- Dziwko! Już ja cię nauczę pokory! – Wrzasnął, po czym mocno zakneblował jej usta sznurkiem, następnie uderzył pięścią w brzuch. Egwene zaczęła się dusić, próbowała kaszleć, nie mogła złapać tchu. Bolało, tak bardzo bolało, że się mu poddała, przestała stawiać opór. Kiedy rozwiązał jej nogi i zaczął zdejmować spodnie już nawet się nie szarpała, tak bardzo bała się, że go znowu rozzłości. Leżała i czekała modląc się w myślach do Światłości, prosząc o ratunek. Cała jej rodzina należała do Kościoła Światłości, który nauczał, że ludzie posiadają nieśmiertelne dusze, które po śmierci odejdą ku światłości lub ciemności, w zależności od tego, czy ktoś był dobrym człowiekiem. Kapłani uczyli, że modlitwa może zdziałać cuda. W przypadku Egwene cud się jednak nie zdarzył…

- Jak mogła mnie ugryźć?! Kiedy już będzie po wszystkim to dziwkę przywiążę do siodła i będę ciągnął aż się wykrwawi. Jak ona śmiała! Mam przynajmniej nadzieję, że przed śmiercią zapewni mi dużo rozkoszy. – Bandyta zaśmiał się szyderczo, właśnie zdjął koszulę i rozpinał sprzączkę od pasa przy spodniach, kiedy jego rozmyślania przerwały dziwne odgłosy. Dochodziły z prawej strony wozu. Zdenerwowany, że coś przerywa mu przygotowania do erotycznej gry wstępnej zapiął z powrotem pasek i chwycił za pochwę z mieczem.
W pierwszej chwili bandyta pomyślał, że to jakieś zwierzę czai się w krzakach. Chwycił rękojeść w prawą dłoń i powoli szedł w stronę szeleszczących krzaków. Jego towarzysze siedzący przy ognisku obserwowali go z ciekawością, na wszelki wypadek trzymając dłonie na rękojeściach swoich mieczy. Związana i zakneblowana dziewczyna również patrzyła, a w jej oczach można było dostrzec błysk nadziei, cokolwiek to było odciągnęło od niej uwagę oprawców. Po chwili z krzaków wyskoczył lis, który nie zważając na ludzi pędził prosto przed siebie. Mężczyzna tak się wystraszył, że, aż podskoczył. Jego koledzy zaczęli rechotać, nabijali się z niego, a on krzyczał przekleństwa w ich stronę i usprawiedliwiał się, że lis go zaskoczył, i że każdy na jego miejscu by się wystraszył.
Nagle zapadła cisza, mroczna, śmiertelna cisza. Już nikt się nie śmiał. Mężczyźni siedzący przy ognisku z przerażeniem patrzyli jak ich towarzysz, który jeszcze przed chwilą był pełen życia i erotycznych pragnień wisiał teraz nad ziemią. Ogromna dłoń, z sześcioma placami, z których każdy był zakończony dużym szpiczastym pazurem wyłoniła się z krzaków za plecami nieszczęśnika i chwyciła go za głowę podnosząc bez trudu do góry, jak kukiełkę. Wielka bestia stanęła przed wszystkimi, mężczyzna zaczął się drzeć, więc potwór chwycił go w obie dłonie gryząc w okolicy brzucha. Pożerał go żywcem. Bandyci przy ognisku chwycili za broń i ruszyli na pomoc towarzyszowi. Demon miał szerokie i długie uszy, czerwone niczym krew oczy oraz mięsisty pysk, w którym skrywał zęby ostre jak brzytwa. Zjadł mężczyznę tak jak człowiek zjada mięso upolowanej zwierzyny, po czym beknął… Smród wydobywający się z jego ust prawie doprowadził do wymiotów siedzącą nieopodal związaną i zakneblowaną dziewczynę. Konie, które do tej pory skubały trawię wpadły w panikę i próbowały uciekać, jednak były przywiązane do drzew. Bandyci bali się zaatakować ostrzem, dlatego ograniczyli się do strzelania z łuku. Kilka strzał wbiło się w owłosiony tors bestii, która nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Spojrzała tylko z ciekawością w stronę ludzi, oblizała pysk i ruszyła na nich rzucając na ziemię resztki zjedzonego mężczyzny. Potwór nie dostrzegł związanej i bezbronnej Egwene siedzącej na ziemi obok wozu, przy którym właśnie przechodził.

Traf chciał, że miecz, który bandyta za życia trzymał w rękach spadł blisko niej. Postarała się opanować strach i za pomocą nóg, które jej prędzej rozwiązał starała się przyciągnąć do siebie zakrwawiony i zaśliniony miecz. Usiłowała placami prawej nogi chwycić rękojeść i przyciągnąć do siebie. Po kilku próbach udała jej się ta sztuka. Od razu odwróciła się plecami do ostrza i próbowała przeciąć więzy na nadgarstkach, nie zważała na rany skóry, ból, który odczuwała był niczym w porównaniu do strachu, w porównaniu do tego, co działo się dookoła. Słyszała krzyki bandytów walczących z potworem, bała się spojrzeć w tamtą stronę. Kiedy już była wolna, wyjęła knebel ze swoich ust. Chciała uciekać w stronę krzaków, w ostatniej chwili dostrzegła, że wyłaniają się z nich kolejne, zwabione krwią potwory. Niektóre wyglądały tak samo jak ten pierwszy, inne były mniejsze, a w miejscu oczu widniały czarne dziury… Żaden z nich nie przypominał człowieka, ani zwierzęcia. Konie padły ofiarą skrzydlatej bestii, która pojawiła się nagle na gwieździstym niebie z rozpiętymi skrzydłami. Dziewczyna bez chwili namysłu schowała się pod wozem zaciskając mocno rękojeść miecza. Bestie nie zwracały na nią uwagi, wszystkie kierowały się w stronę walczących bandytów. Potworów było coraz więcej, dziesiątki wyłaniały się z puszczy, bądź nadlatywały z góry, niczym kruki zwabione przez padlinę…  
Po chwili krzyki złoczyńców ustały, Egwene z ukrycia obserwowała jak bestie dojadają resztki ciał, które zostały z mężczyzn, niektóre oblizywały kości, a jeszcze inne rozglądały się w poszukiwaniu nowej zwierzyny.
          Wiedziała, że wkrótce ją znajdą. Doszła do wniosku, że zrobi to, co wydaje jej się najrozsądniejsze w tej chwili. Przyłożyła ostrze miecza do swojej szyi.
          - Lepiej odebrać sobie życie, niż pozwolić żeby mnie zjedli żywcem. – Pomyślała ze smutkiem.
          Nie płakała, obserwowała wszystko pustym wzrokiem.
To, czego była świadkiem sprawiło, że ledwo zachowała zdrowy rozsądek, starała się nie zwymiotować, nie wydawać żadnych dźwięków. Przerażona leżała we własnym moczu i czekała. Straciła wszelką nadzieję, już się nawet nie modliła. Trzymała ostrze miecza przy szyi i obserwowała. Po kilku godzinach potwory odeszły, a ona leżała dalej, żywa… nie potrafiła sobie wytłumaczyć, dlaczego żaden z nich jej nie dostrzegł schowanej pod wozem. Minęło wiele godzin, zaczęło świtać, promienie słoneczne powoli oświetlały miejsce masakry, ukazały kości i ślady krwi. Ludzkiego mięsa pozostało niewiele, gdzieniegdzie leżały resztki poszarpanych od zębów ubrań. Dopiero, kiedy słońce było wysoko na niebie odważyła się wyczołgać…
Biegła w stronę rodzinnej wsi, kilka razy potknęła się o wystające korzenie jednak od razu wstawała i pędziła dalej, nie oglądała się za siebie. Przemierzyła spory dystans. Popędzała ją naprzód determinacja, aby znaleźć się jak najdalej od miejsca, w którym doszło do masakry.

          Egwene z oddali dostrzegła unoszący się ku niebu dym. Im bliżej była Łozy, tym bardziej docierało do niej, co dzieje się w jej rodzinnej wsi. Prawie wszystkie budynki płonęły. Krzyki ludzi żywcem trawionych przez ogień, płacz matek, którym demony na ich oczach pożerały dzieci. Dziesiątki potworów, bestii pragnących ludzkiego mięsa poruszało się po wsi wyłapując jej mieszkańców. Jeden z latających, skrzydlatych potworów wypatrzył z góry dziewczynę i zanurkował w jej stronę. Otworzył swój pysk szczęśliwy na myśl, że za chwilę zasmakuje świeżego ludzkiego mięsa. Egwene ścisnęła w rękach mocno rękojeść miecza i zamachnęła się na potwora, który bez problemu swymi pazurami wytrącił jej broń z ręki. Była bezbronna… zamknęła oczy i czekała na swój koniec, w duszy modliła się żeby ją zabił, zanim zacznie pożerać jej ciało… Nie chciała być rozrywana i gryziona żywcem…
Oczy miała zamknięte, lecz nic się nie stało. Stwierdziła, że zaryzykuje… podniosła powieki. Ujrzała czerń, głęboką czerń płaszcza noszonego przez mężczyznę, który stał odwrócony do niej plecami. Potwór leżał obok… martwy. Rycerzy w czarnych płaszczach pojawiło się kilkuset, ruszyli ludziom na pomoc, siekając atakujące ich bestie. Razem z nimi przybyło wielu obcych, wyglądali jak wieśniacy, ale Egwene ich nie znała, wiedziała, że nie pochodzą z Łozy.

          Egwene nigdy nie widziała takich rycerzy. Wiedziała, że władcy wszystkich krajów mają swoje wojska składające się zakonów rycerskich i czarodziejów. Jednak ci tutaj nie przypominali żadnych z nich, a już na pewno nie wyglądali jak żołnierze Króla Eryka, który rządził Krainą Słońca. Dziewczyna na początku pomyślała, że są to wojska wrogiej Krainy Ognia, z którą król Eryk od kilku lat prowadzi wojnę. Tylko, że pochód armii Krainy Ognia zatrzymano kilkaset kilometrów na południe od stolicy kraju Langwedocji. Od dawna trwała sytuacja patowa, obie armie się okopały, a front stał w miejscu.
Czyżby Kraj Ognia w końcu zyskał nad nami przewagę i dotarł aż tu? – Zastanawiała się przez chwilę. Jednak szybko uświadomiła sobie, że takie rozumowanie jest bez sensu…, dlaczego wrogowie mieliby chronić przed potworami cywilów z kraju, z którym od dawna toczą wojnę?
Żołnierz, który ją ocalił przed skrzydlata bestią wyglądał niecodziennie, dziewczyna chciała się odezwać, podziękować jednak jej wybawca dostrzegł kolejnego potwora, który na dwóch łapach kroczył w jego stronę uzbrojony w ogromną maczugę. Najpierw walczył z nim sam, jednak szybko mimo swych niewątpliwych umiejętności został zmuszony przez bestię do obrony. Uderzenia maczugi spadały na niego jedno po drugim… po chwili wsparcia udzielili mu inni rycerze, tak jak on odziani w czarne płaszcze. Egwene zauważyła, że rycerze ci są dziwni, walczyli z narażeniem życia jednak ich twarze nie wyrażały żadnych emocji, żadnego strachu… wszyscy mieli takie same spokojne miny, nie wyrażające absolutnie nic.
Wybawca dziewczyny oraz jego towarzysze podczas walki sprawiali z jednej strony niesamowite, a z drugiej jakby dziwnie mroczne wrażenie. Wszyscy wyglądali tak samo. Odziani w czarne płaszcze przykrywające kolczugi z niezwykłą odwagą rzucili się na demony ratując nielicznych mieszkańców Łozy, którzy jeszcze byli żywi. Żaden z nich nie zginął. Egwene rozglądała się i stwierdziła, że ani jeden z tajemniczych rycerzy nie został nawet ranny… zupełnie jakby ochraniała ich jakaś tajemnicza, magiczna moc… Byli tak silni, że potrafili przeciąć twardą skórę potworów, często odcinając im kończyny.
Egwene chodziła po swojej wsi szukając matki, jedynego członka rodziny, który – miała nadzieję - pozostał przy życiu. Nigdzie jednak jej nie znalazła. Dom, w którym do tej pory mieszkała zastała w zgliszczach… podobnie u sąsiadów żadna z drewnianych chat się nie ostała. Dziewczyna mijała ciała mieszkańców wsi, znała ich wszystkich, niektórych udało jej się rozpoznać, inni byli tak zwęgleni, że ich identyfikacja nie była możliwa… Dziewczyna w końcu doszła do wniosku, że jej matka również zginęła. W ciągu dwóch dni straciła wszystkich, których kochała. Z powodu szoku nie była w pełni świadoma tego, co się dookoła niej działo, wszystko docierało do niej powoli…
Błąkała się wśród zgliszczy Łozy obserwując twarze tych, którzy przeżyli. Jedni płakali, a inni dziękowali tajemniczym wybawcom.
Zamyślona Egwene wpadła niechcący na jednego z nich i przewróciła się. Rycerz w czerni spojrzał na nią ze swoją kamienną miną. Wyglądał na około czterdziestoletniego mężczyznę z brodą. Jego głowę częściowo zakrywał kaptur czarnego płaszcza. Podał dziewczynie rękę i pomógł wstać. Miał nienaturalnie lodowatą skórę, co od razu wzbudziło w niej niepokój.
          - To wszystko z winy aniołów, dziecko. To aniołowie wysyłają te potwory, aby gnębiły nas, ludzi. Ale nie martw się. My wyznawcy boga Azieldana pokonamy wszystkie potwory, które anioły wysyłają przeciw ludziom.
Słowa wypowiadane chłodno, bez emocji przez rycerza wywołały w niej mieszankę szoku i niedowierzania. Nigdy nie słyszała o bogu Azieldianie. Poza tym anioły były istotami z legend i baśni. Nikt tak naprawdę nie wierzył w ich istnienie. Egwene nigdy nie spotkała kogoś, kto by na poważnie brał opowieści o aniołach albo demonach. Czuła jednak, że mówiący do niej mężczyzna w czerni jest poważny, chciała w pełni zaufać swoim wybawcom jednak podświadomie czuła, że jest z nimi coś nie tak. Inni ludzie wydawali się ufać im całkowicie. Egwene rozmawiała prędzej z mieszkańcami Łozy, którzy przeżyli. Mało tego za rycerzami w czerni wędrowało wielu innych, obcych jej ludzi. Dowiedziała się, że są to neofici, nowo nawróceni wyznawcy wierzący w tego samego boga co rycerze w czerni.
          - To wszystko z winy aniołów. – Powtórzyła. Na zimnej twarzy mężczyzny w czerni dostrzegła niewielki uśmiech. Nie wiedziała jeszcze, że ci rycerze są tak naprawdę demonami, którzy manipulują ludźmi i pragną ich wykorzystać w swojej odwiecznej wojnie z aniołami. Tym czasem rycerz był przekonany, że Egwene oraz setki innych osób z tej oraz okolicznych wsi staną się nowymi wyznawcami boga Azieldana.
          „Człowiek” w czerni dał się oszukać. Prawda była inna niż myślał. Egwene powiedziała to, co demon chciał usłyszeć, ponieważ podświadomie czuła, że tak powinna postąpić. Skoro mówił, że to anioły są złe to wolała z nim nie polemizować tylko mu przytaknąć.

          Kiedy bitwa z potworami dobiegła końca rycerze w czerni nakazali pochować wszystkie ciała mieszkańców Łozy w wykopanych grobach. Zakazali palenia zwłok, tłumacząc to nakazem ich religii. Robili tak w każdej wsi, którą uratowali przed atakiem tych dziwnych bestii. Następnie ocalonym kazano dołączyć do grona neofitów, którzy przybyli tu razem z rycerzami. Neofici byli osobami ocalonymi przed potworami w innych wsiach i małych miasteczkach, których na terenie Kraju Lasów były setki. Rycerze wszędzie dawali wybór ocalonym, mogli zostać w zgliszczach swoich wsi, albo przyjąć wiarę w Azieldiana, zgłębiać jego nauki i ćwiczyć się w walce z potworami.
          Największe wrażenie na Egwene zrobił wielki mistrz zakonu, który jako jeden z nielicznych się wyróżniał. Na jego czarnym płaszczu w okolicy serca był wyhaftowany herb w postaci ognistej kuli, z której rozchodziły się płomienne smugi. Podobne płaszcze, na których wyhaftowano ogniste kule w okolicy serca – ale bez smug – nosili czterej przyboczni jadący za wielkim mistrzem. Neofici padli na kolana widząc najważniejszych dostojników swego zakonu. Natomiast mieszkańcy Łozy, a wśród nich Egwene stali i patrzyli na dostojników nie wiedząc jak powinni się zachować. Dostojnicy nie zwracali jednak na nich uwagi.
          Było wczesne popołudnie, kiedy zakończono wszystkie czynności związane z pogrzebem. Rycerze zakonu oraz ich neofici rozbili obóz niedaleko zgliszczy Łozy. Egwene zastanawiała się, jaką decyzję powinna podjąć. Większość mieszkańców jej wsi, którzy przeżyli atak potworów wyruszyła do obozu, aby dołączyć do grona neofitów, pozostali zdecydowali się zostać i spróbować odbudować swoje domy – narażając się tym samym na kolejny atak. Ci ostatni twierdzili, że jak król Eryk dowie się o atakach potworów to przyśle ze stolicy swoje wojska i ochroni wieśniaków.
          Ta kwestia Egwene również niepokoiła. Dziewczyna zastanawiała się, dlaczego te dziwne bestie splądrowały tyle wsi, a wojska Krainy Słońca nie reagują. Wiedziała o toczącej się wojnie z Kraina Ognia, ale mimo wszystko dziwiła się, że król nikogo nie przysłał z odsieczą. Zamiast nich wieśniaków ochraniał ten dziwny zakon, który pojawił się znikąd i wierzy w boga, o którym do niedawna nikt nie słyszał. Co robi król Eryk? Czemu nie wysyła z odsieczą swoich rycerzy i czarodziejów? Co się dzieje w Langwedocji, naszej stolicy? Pytania tego typu kłębiły się w głowie Egwene. Dziewczyna była prostą wieśniaczką, córką zwykłego chłopa i nie rozumiała. Zresztą przerażało ją to, że została sama. Bała się zostać w zgliszczach Łozy, obawiała się też dołączyć do nepotów pobierających nauki od członków zakonu Azieldiana. Z drugiej strony wiedziała, że jeśli wyruszy samotnie w świat np. do stolicy to te potwory lub bandyci mogą ją dopaść.
Wielki mistrz Zakonu Azieldana wszedł jednej z nielicznych chat, która nie ucierpiała i zamknął za sobą drzwi. Drewniana, kryta strzechą chata była położona na uboczu wsi zwanej Łoza, z której właśnie przepędził pomniejsze demoniczne pomioty i plugastwa. Czuł się dziwnie zabijając własne sługi, jednak wiedział, że są to nic nie warte bezwartościowe i najsłabsze z demonów. Na zewnątrz zostawił zaufane straże, które miały dopilnować, aby nikt mu nie przeszkadzał podczas modlitwy. Tak przynajmniej powiedział naiwnym neofitom, że musi pomodlić się w ciszy, podziękować swemu bogu za zwycięstwo. Następnie za pomocą magii zabezpieczył wszystkie pomieszczenia w chacie, tak, aby żaden dźwięk nie wydobył się na zewnątrz.
          - Pozostawanie w tej postaci jest męczące! Panie mój, dlaczego każesz mi udawać nędznego śmiertelnika?! – Wykrzyczał zirytowany. Po chwili usłyszał śmiech, szyderczy, przepełniony złem mrocznego świata śmiech. Poczuł strach… otoczyła go mroczna siła, która niemalże sparaliżowała wszystkie kończyny demona…
          Wielki mistrz padł na kolana błagając o wybaczenie.
          - Panie mój! Nie wiedziałem, że mnie słuchasz. Wybacz mi moją zuchwałość wielki Azmodanie. – Pot leciał po jego czole, był przerażony, lękał się gniewu swego Pana.
          - Powstań Balamie, doskonale do tej pory mi służyłeś. Zdziwiłbym się, gdyby udawanie śmiertelnika ci się podobało, mój sługo. Musisz jednak jeszcze przez jakiś czas pozostać w tej roli. Musisz cierpieć udając słabego człowieka, ponieważ taka jest moja wola.
          - Tak Panie, jak rozkażesz tak się stanie. – Odparł uniżenie.
- Ludzie, choć słabi i głupi zebrani razem potrafią stworzyć dość silną armię. – Mówił dalej Azmodan. - Teraz wszyscy mają cię za wielkiego proroka, a do mnie modlą się jak do boga, co bardzo mi się podoba i bawi zarazem. – Azmodan zaśmiał się z zadowoleniem, a jego śmiech sprawił, że w chacie uschły wszystkie kwiaty. Choć był teraz w swoim pałacu w Królestwie Ciemności jego moc przedostawała się do Świata Ludzi.
          - Ale Panie, dlaczego nie mogę im podać twego prawdziwego imienia, nazywanie Cię Azieldanem sprawia mi ból! – Żalił się wielki mistrz, który naprawdę był demonem o imieniu Balam.
          - Zamilcz mój sługo! Balamie masz słuchać tego, co do ciebie mówię! Moje prawdziwe imię mogą znać ze starych ksiąg. Musimy pozyskać jak najwięcej ludzi do walki z aniołami. Muszą wierzyć, że jestem dobrym bogiem, który ich ochroni przed aniołami i demonami. Ucz ludzi, bądź ich prorokiem i tłumacz im, że za wszystkie ich cierpienia są odpowiedzialni aniołowie. Obudź w nich nienawiść do Królestwa Niebios i utwierdź ich w silnej wierze we mnie. Niech wszyscy słuchają twoich rozkazów, Balamie, zabijaj niepokornych i nagradzaj najwierniejszych. Dzięki zaklęciu, którego na was użyłem nikt z ludzi nie dostrzeże waszego demonicznego wyglądu, dla nich wyglądacie jak zwykli śmiertelnicy. Ludzie są istotami o przewrotnych sercach, targają nimi emocje, dlatego są podatni na manipulację. Gdyby ich wiara potrzebowała umocnienia to skontaktuj się ze mną Balamie, przyślę więcej plugastwa, które będziesz mógł ścigać. Pamiętaj masz zwracać szczególną uwagę na najgłupszych i najbardziej okrutnych. Tacy ludzie będą mi najwierniej służyć.
          - O wielki, największy ze Złych. Wszystkie Twe rozkazy wykonam z radością.
          - Wiem mój sługo. Dlatego dam ci prezent. – Odparł Azmodan.
          Nagle w chacie obok wielkiego mistrza zaczęły się materializować miecze, wszystkie miały czarne ostrza i były wypełnione demoniczną mocą. Sługa Azmodana, wielki mistrz o imieniu Balam patrzył i nie ukrywał swej radości. Spoglądał na dwadzieścia cztery ostrza zwane w Królestwie Ciemności piekielnymi ostrzami. Dla demonów w czarnych płaszczach zaliczających się do pomniejszej szlachty, elity, takich jak Balam i jego przyboczni broń tego typu nie przedstawiała żadnej wartości. Jednak dzierżona przez zwykłych ludzi spowije ich serca mrokiem i pchnie nieodwracalnie w objęcia ciemności. Najsilniejszych zapewne przemieni w demoniczne plugastwa żywiące się ludzkim mięsem.
          - Dam je najwierniejszym i najbardziej zepsutym z neofitów. – Balam zaśmiał się wypowiadając te słowa. Wiedział, że te miecze obdarzą ludzi magiczną mocą i zarazem nieodwracalnie wepchną ich w mrok. Miecze sprawią, że już na zawsze pochłonie ich ciemność i będą służyli jego panu Azmodanowi.
          - To dopiero początek mój sługo. Wkrótce otrzymasz więcej mieczy, setki, a potem tysiące. Dzięki nim ludzie do końca swych dni będą mi służyć. A teraz udaj się do Langwedocji, stolicy tego kraju. Ich król Eryk nie będzie sprawiał problemów. Moja nałożnica Cydea zabiła go i się pod niego podszywa oszukując głupich mieszkańców miasta. – Azmodan zaśmiał się szyderczo i zakończył rozmowę ze swym sługą, który leżał na podłodze w chacie, spocony i pełen podziwu dla geniuszu swego Pana Azmodana Władcy Grzechu. Leżał otoczony ciszą i nową bronią, był pewien, że jego Pan już go nie słucha i nie obserwuje, lecz na wszelki wypadek głośno nie wypowiadał żadnych słów.

W ciągu kolejnych tygodni Zakon Azieldana ocalił przed potworami mieszkańców wielu wsi oraz małych miast. Nikt nie wiedział, że naprawdę potwory na wieśniaków wysyłają słudzy Azmodana z Królestwa Ciemności, a rycerze zakonu są w rzeczywistości demonami, które dzięki magii iluzji wyglądają jak ludzie. Serca ludzkich wyznawców pochłaniał mrok, byli coraz okrutniejsi i bezwzględni. Wieśniacy i mieszczanie mimo tego wszędzie witali ich z radością i nawracali się na wiarę w nowego boga. Z chęcią uczyli się od mrocznych rycerzy walki i korzystali z mieczy, które te im dawali. Wieści o rycerskim zakonie walczącym z potworami rozeszły się po całym Kraju Lasów. Ludzie ze wsi i małych miast w całej Krainie Słońca traktowali ich jak bogów, a mieszkańcy stolicy, którzy do tej pory na oczy nie widzieli demonów na początku pukali się w czoło z niedowierzaniem i twierdzili, że demony i anioły nie istnieją, a ten zakon to jakaś nowa sekta.
 Jakże wielkie było zdziwienie mieszkańców stolicy, kiedy ich król Eryk niespodziewanie ogłosił, że staje się członkiem zakonu oraz wyznawcą nowej wiary. Następnie król powszechnie ogłosił, że ostatecznie pokona wrogą Krainę Ognia, ponieważ znajduje się ona pod kontrolą aniołów, które wysyłają potwory na mieszkańców jego królestwa.
Decyzja króla wywołała w stolicy zamieszki podsycane przez duchownych różnych religii, które traciły na znaczeniu. Ludzie wyszli na ulice i zaatakowali królewski pałac. Demonstrujących po kilku dniach protestów niespodziewanie zaatakowały demony zaskakując wojsko. Nikt nie wiedział jak dostały się za mury stolicy kraju Langwedocji. Król Eryk, jako neofita, wyznawca nowej wiary poprosił zakon wyznawców Azieldiana o uporanie się z potworami. Takim sposobem słudzy Azmodana, Cydea, Balam i wielu innych zdołali opanować całą Krainę Ognia.

Plotki o rycerzach w czarnych płaszczach walczących we wrogiej Krainie Słońca z dziwnymi potworami, o niespodziewanej decyzji króla Eryka, który z nowej religii uczynił religię państwową szybko dotarły też do uszu dyrektora oraz uczniów i nauczycieli Akademii Magicznej w Krainie Ognia. Gudikus, dyrektor akademii po usłyszeniu od Mojmiry, swojej asystentki o tych dziwnych wydarzeniach zrobił zmartwioną minę. On, jako jeden z nielicznych wiedział bezpośrednio od Uzjela o tym, że bariery ochraniającej świat zamieszkiwany przez ludzi przed demonami i aniołami już nie ma. Istniała ona tak długo, że ludzie zdążyli zapomnieć o aniołach i demonach. Wielu powątpiewało w ich istnienie, a wieści o potworach atakujących wieśniaków w Krainie Słońca przyjmowało z szyderczym niedowierzaniem. Dyrektor nawet jak był przesłuchiwany przez śledczych, którzy starali się wyjaśnić przyczyny pojawienia się smoka przed dwoma miesiącami nigdy nie wspomniał o barierze, aniołach i demonach. Wiedział, że uznano by go za szaleńca i usunięto z akademii. Miał też problem z Uzjelem, który skrył swoją twarz pod kapturem i nie odstępował Meldi na krok. Powiedział śledczym, że to chowaniec, pomniejszy demon o imieniu Jabiel. Wiedział, że tak będzie najlepiej. Uzjel wyglądał jak człowiek, z wyjątkiem czerwonych oczu… Każdego chowańca, którego nie dało się przypisać do żadnej rasy nazywano pomniejszym demonem. Oczywiście nazwa ta nie miała nic wspólnego z prawdziwymi demonami, chodziło raczej o porządek w papierach. Każdy przywołany przez ucznia chowaniec musiał być przypisany do odpowiedniego gatunku.

Meldi doszła do wniosku, że przed pojawieniem się smoka jej życie było łatwiejsze. Owszem koleżanki i koledzy z klasy traktowali ją bardzo źle, lecz teraz było jeszcze gorzej. Po akademii rozeszły się plotki, że jako chowańca była w stanie przyzwać zwykłego człowieka o dziwnych czerwonych oczach, który nie posiada żadnych mocy. Wszyscy plotkowali, że dziewczyna byłaby martwa, gdyby nie ogromna siła dyrektora, który z narażeniem życia pokonał smoka. Meldi dalej była obiektem kpin, jednak z jej obecnej perspektywy utarczki z rówieśnikami były niczym. Była przerażona wydarzeniami sprzed dwóch miesięcy… walką ze smokiem i obecnością Uzjela, który ją uratował i od tamtej pory wszędzie za nią chodził, niczym cień. Świadomość, że jest on demonem, podobno jednym z najpotężniejszych nie dawała jej spokoju. Dla osiemnastoletniej dziewczyny to było zbyt dużo. Czuła się jak dziwadło. Wszyscy uważali Uzjela za jej chowańca, który w dodatku wygląda jak człowiek i potrafi mówić. Nikt w akademii nigdy nie przywołał chowańca mówiącego ludzkim językiem. Najbardziej obawiała się tego, że nie ma nad nim żadnej władzy, gdyby nie jego moc byłaby martwa. Jednym ruchem ręki mógłby zmieść akademię z powierzchni ziemi zabijając przy okazji wszystkich w środku. Czymże mogą być dla niego ludzkie życia? Co się stanie, jeśli ktoś go rozzłości? Pytanie tego typu codziennie sobie zadawała.
Meldi i Uzjel właśnie szli szkolnym korytarzem. Było około południa, promienie słoneczne dzięki licznym oknom ładnie oświetlały wnętrze i dobijały się od płytowych zbroi, które były ustawione wzdłuż ścian. Co kilka metrów wisiały też okrągłe tarcze ze skrzyżowanymi mieczami. Dyrektor lubił dekorować swoją akademię w rycerskim stylu. Oboje szli do jego gabinetu, ponieważ wezwał ich w trybie natychmiastowym. Meldi stanęła przed szerokimi dębowymi drzwiami, wzięła głęboki wdech i zakołatała. Po chwili usłyszała głos dyrektora:
- Wejdźcie, oboje.
Dziewczyna chciała pchnąć potężne drzwi jednak zakapturzona postać ją uprzedziła. Uzjel wyprzedził Meldi i wszedł do środka. Gudikus siedział przy swoim biurku, był sam, pił kawę i czytał gazetę. Wydawało się, że te dwie czynności należą do jego ulubionych. 
- Meldi, jesteś wreszcie. Usiądźcie oboje.
Dziewczyna grzecznie usiadła, wystraszona, nie wiedziała, czego dyrektor może od niej chcieć. Demon wolał stać.
- Zaczęło się. – Stwierdził nagle dyrektor robiąc przy tym poważną minę. Spoglądał na Meldi i demona z niepokojem.
- Co się zaczęło? – Zapytała zaciekawiona dziewczyna.
- Koniec świata się zaczął. – Powiedział prosto z mostu Uzjel.
- Dokładniej rzecz ujmując chodzi o koniec waszego, ludzkiego świata. Dwa miesiące temu posypała się bariera, która chroniła wasz świat przed nami i aniołami. Jednak teraz już jej nie ma, wy ludzie nie jesteście już chronieni.
Słowa Uzjela jeszcze bardziej zdołowały dziewczynę.
- Czy to moja wina? To przez zaklęcie przywołania, które znalazłam w zakazanej księdze? – Zapytała po chwili, przerywając niezręczną ciszę.
- Ta bariera powstała po śmierci Salomona, pięćset tysięcy lat temu, kiedy potężny król wyzionął ducha pojawiła się odcinając nas i anioły od waszego ludzkiego świata. Teraz pojawiłaś się ty, dziewczynko, a bariera się posypała.
W pomieszczeniu znowu nastała cisza. Meldi przez te dwa miesiące, które minęły od walki ze smokiem nie mogła dojść do siebie. Uzjel powiedział jej wiele, jednak nie wszystko do niej docierało.
- Dobra dziadku powiedz nam, co się stało. – Stwierdził nagle demon, zupełnie jakby nie mógł dalej patrzeć na smutną twarz dziewczyny.
- Otrzymałem list od mojego przyjaciela, który służy na dworze wrogiego nam króla Eryka. Dyrektor opowiedział w tym miejscu o plotkach dotyczących Krainy Słońca, rycerzach w czarnych płaszczach i potworach atakujących tamtejszych mieszkańców.
Meldi wysłuchała treści listu z zapartym tchem.
- Z opisów wnioskuję, że to słabe demony, sługi jednego z moich braci Mefista lub Azmodana albo nawet samego Diablo, możliwe, że Maltaela. To nawet nie dzieje się w granicach waszego kraju, więc czemu dziadku się tak przejmujesz? – Zapytał zirytowany Uzjel. Meldi była wstrząśnięta jego chłodem, opisy mówiące o ludziach pożeranych przez demony żywcem nie zrobiły na nim wrażenia.
- Chciałbym żebyś stanął po naszej stronie w nadchodzącej wojnie Uzjelu. Król Eryk stwierdził, że będzie w stanie przesunąć front, wyrzucić nasze wojska ze swojego kraju. – Dyrektor wypowiadając te słowa obawiał się reakcji demona, który miał moc zabić go samym spojrzeniem, wiedział doskonale, jaka przepaść ich dzieli, był świadom, że rozzłoszczenie tej bestii może doprowadzić do unicestwienia całej akademii.
Uzjel zrobił dziwną minę. Nie sądził, że ten człowiek jest w stanie wyprowadzić go z równowagi. On, czwarty w kolejności do tronu w Królestwie Ciemności, pierwszeństwo przed nim miał obecny król Maltael, oraz Diablo i Mefisto, natomiast za nim w kolejności byli Azmodan, Andariel, Duriel, Baal oraz Belial. Formalnie klasyfikacja ta była wytypowana w pradawnych czasach przez króla Lucyfera, który posadził na tronie Maltaela i odszedł, nikomu nie powiedział gdzie się udaje. Wszyscy bracia byli potężni, ich siła była nie do wyobrażenia dla zwykłych demonów, nie wspominając o śmiertelnikach. I teraz jednemu z nich słaby człowiek proponował żeby walczył po stronie ludzi przeciw swoim braciom i zapewne też aniołom. Uzjel słysząc te słowa zmarszczył brwi, ziemia zaczęła się trząść wywołując panikę wśród uczniów i nauczycieli.
- Nędzny śmiertelniku. Jak śmiesz składać mi takie propozycje.-   Stwierdził oschle.
Dyrektor zbladł ze strachu. W tym momencie zdarzyło się coś, czego obaj się nie spodziewali. Meldi wstała z krzesła i spojrzała na Uzjela, tymi samymi błękitnymi oczami, które demon pamiętał u Salomona. W jej oczach pojawiły się łzy, dziewczyna zaczęła uderzać go w tors swoimi drobnymi pięściami…
- Po co to wszystko? Dlaczego mnie ratowałeś, skoro teraz skazujesz nas wszystkich na śmierć? Jeśli jesteś po ich stronie to, dlaczego mnie nie zabijesz? Przecież anioły i demony przyjdą mnie zgładzić, kiedy tylko się dowiedzą, że mam w sobie moc Salomona! Twoi bracia nie okażą nam litości, a już na pewno nie ulitują się nade mną! Więc dlaczego… dlaczego mnie wtedy ocaliłeś?
Uzjel się uspokoił, a ziemia przestała się trząść. Nigdy nie myślał o tym tak szeroko. Ocalenie tej dziewczyny było dla niego kaprysem, poczuł w niej iskrę mocy Salomona i zareagował wiedziony instynktem. Bawiły go wydarzenia z ostatnich dwóch miesięcy, ciekawił go świat ludzi, ale nic poza tym. Jednak czuł, że jej słowa do niego dotarły, przebiły się do jego wnętrza. On, demon kochający walkę z aniołami poczuł się dziwnie. Szybko uświadomił sobie, że dziewczyna ma rację, jego bracia wezmą ją na celownik. Zabicie Meldi i walka z ludźmi powinny być dla niego priorytetem, a jednak nie potrafił jej skrzywdzić. Nie był w stanie skręcić jej karku, nie chciał spalić dziewczyny w ogniu… nie potrafił, wyszedł z gabinetu dyrektora zostawiając Medli i Gudikusa samych…

Wzleciał wysoko nad akademię. Nie przejmował się tym, czy ktoś z ludzi go widzi. Z wysokości chmur, budynek był tylko małym punkcikiem.

- Gdybym teraz wystrzelił kulę piekielnego ognia to wszyscy by zginęli, po budynku pozostałaby tylko spalona ziemia… Jednak wtedy ona też zginie… - Uzjel był zaniepokojony myślami kłębiącymi się w jego głowie. Sam się sobie dziwił, nie rozumiał, dlaczego troszczy się o śmiertelników, którzy żyją tak krótko. Bo jakie znaczenie ma śmiertelna istota żyjąca siedemdziesiąt, maksymalnie sto lat? Dla ludzi to dużo, a dla demona żyjącego od setek tysięcy lat to nic nie znaczy, długość ludzkiego życia jest jak nic nieznaczący przebłysk. A jednak mimo tych rozważań wylądował, na tyłach akademii, tam gdzie nikt go nie widział i nie zrobił nikomu krzywdy. Jeszcze tego samego dnia pojawił się blisko Meldi, założył kaptur na głowę udając jej chowańca i zastanawiając się nad tym co powinien zrobić. 



SPIS TREŚCI

Demon i śmiertelniczka (Rozdział 1. Spotkanie)


Demon i śmiertelniczka (Rozdział 2. Przedsmak nadchodzącego koszmaru)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz