wtorek, 23 lutego 2016

Demon i śmiertelniczka (Rozdział 1. Spotkanie)


Prolog.
Śmierć króla Salomona – wydarzenia sprzed 500 tys. lat:

Uzjel osobiście nie walczył z Salomonem, ale widział jego śmierć. Był wówczas młodym, liczącym zaledwie dwieście lat demonem. Obserwował jak jego starsi bracia, Diablo, Mefisto i Maltael zadają mu śmiertelny cios. Diablo rozbił gliniane zaklęte naczynie, i uwolnił wszystkie więzione w nim przez Salomona demony. Następnie zostawili go, aby umierał, leżąc w morzu krwi, otoczony ciałami swoich bliskich, którzy walczyli po jego stronie. Uzjel zbliżył się do konającego śmiertelnika, był ciekawy jak z bliska wygląda człowiek, który posiadł tak wielką moc. Plujący krwią, konający Salomon spojrzał na niego swymi błękitnymi jak niebo oczami i uśmiechnął się niespodziewanie, co wyraźnie zaskoczyło Uzjela.
- Niej jesteś taki, jak twoi bracia. Nie wyczuwam w tobie zła. Ja powrócę… - kaszlał krwią.

Salomon zostawił pułapkę, o istnieniu, której przywódcy Królestwa Ciemności nie mieli pojęcia. Kiedy jego serce przestało bić aktywowała się potężna magia, która stworzyła niewidzialną barierę uniemożliwiającą demonom wstęp do Świata Ludzi. Maltael był wściekły, bariera była potężna, nawet razem z Mefisto, Diablo i innymi silnymi demonami nie dali rady jej przełamać. Ludzie byli bezpieczni, jednak żadna bariera nie jest w stanie istnieć wiecznie…
Nad polaną, na której zginął Salomon zapłakały niebiosa, deszcz padał nieprzerwanie przez 40 lat. W miejscu, w którym pochowano ciało króla powstało jezioro, które przez pierwsze tysiąclecia nazywano Jeziorem Salomona, a z czasem zaczęto nazywać je Jeziorem Salem zapominając o jego pierwotnej nazwie. Od śmierci Salomona mijały lata, wieki, tysiące, setki tysięcy lat. Salomon najpierw był historią, potem legendą, a na końcu stał się mitem.
Po 500 tys. lat wielu historyków zaczęło powątpiewać, czy ktoś taki kiedykolwiek istniał.


Strzępy starego rękopisu:
Sto tysięcy lat temu zmarł wielki król Salomon, który budził strach w szeregach aniołów i demonów. Po jego śmierci zainteresowanie istot nadprzyrodzonych światem ludzi drastycznie zmalało. Maltael … Jezioro Salomona… Bariera ochraniająca świat Ludzi…
[Kolejne zdania rękopisu nieczytelne; wykropkowane miejsca nieczytelne – przypis bibliotekarza]
… Niebiosa i Królestwo Ciemności toczyły od zarania dziejów wojny między sobą nie zwracając uwagi na ludzi, istoty śmiertelne i dla nich bezwartościowe. Legiony demonów wiele razy atakowały Diamentowe Wrota, strzegące dostępu do Królestwa Niebios…
[Kolejne zdania nieczytelne – przypis bibliotekarza]
…W czasach ostatecznych narodzi się dziecię, które odziedziczy moc legendarnego, przez większość zapomnianego Salomona. Dziecię niewinne, niczego nieświadome, które przyniesie zagładę Niebiosom i siłom piekielnym. Dziecię będzie w nienawiści u aniołów i demonów. Krew ponownie poleje się w świecie zamieszkiwanym przez ludzi…
[Kolejne zdania nieczytelne. W rękopisie zachowało się tylko ostatnie zdanie – przypis bibliotekarza]
… Dziecię będzie cierpiało, dziecię zostanie znienawidzone przez ludzi. Dziecię ocali ludzi lub ich do zagłady doprowadzi.

[Fragmenty najstarszego rękopisu, którym dysponuje ludzkość zachowanego w archiwum miasta Zintarion, stolicy Krainy Ognia. Rękopis jest datowany, na co najmniej 400 tys. lat., odnaleziono go w ruinach miasta Zakarum. Jego autentyczność budzi wątpliwości wielu ekspertów – dopisek bibliotekarza]


Rozdział 1. Spotkanie
Uzjel chodził ulicami Tartaru, stolicy Królestwa Ciemności z naburmuszoną miną. Pomniejsze demony, które rozpoznawały jego szlachecki strój oraz czerwone oczy oddalały się w pośpiechu. Był potężnym demonem, który nigdy nie rozstawał się ze swoim dwuręcznym mieczem noszonym w zawieszonej na plecach specjalnej pochwie, która zasłaniała ostrze do połowy, tak żeby potrafił w chwili zagrożenia dobyć błyskawicznie broń zza pleców. Uzjel nauczył się dzierżyć ten miecz w jednej ręce, zdobył go dawno temu zabijając zbuntowanego demona Draorma podczas piątej bitwy o Diamentowe Wrota.
Rzadko, ktoś ze szlachty zapuszczał się na biedne dzielnice miasta. On jednak nie zwracał uwagi na otoczenie, szedł przed siebie od kilku godzin i bił się z własnymi myślami. Niebo w jego kraju jak zawsze było czarne, a tereny dookoła Tartaru pełne wulkanów i dzikich, demonicznych bestii błąkających się po całym Królestwie Ciemności. Ten spokój go dobijał. Nienawidził siedzenia w miejscu, od kilku miesięcy nic się nie działo, wszystko z powodu zawieszenia broni, które król Maltael, jego brat, władca demonów i pan Śmierci podpisał w Niebiosami.  Uzjel, jako urodzony wojownik nie potrafił żyć w okresie pokoju. Najlepiej się czuł, kiedy dowodził zastępami demonów atakującymi armię aniołów lub buntowników sprzeciwiających się władzy Maltaela. Podczas ostatniej bitwy, ponad rok temu on i jego bracia Diablo oraz Mefisto prawie skruszyli Diamentowe Wrota, za którymi rozciągają się Niebiosa, królestwo aniołów. Przerwanie wojny w kluczowym momencie nim wstrząsnęło, nie rozumiał decyzji Maltaela. Nurtowały go też plotki o tym, że może dojść do inwazji na świat ludzi, istot nic nie znaczących, słabych, śmiertelnych żyjących w swoim rozległym świecie.
- Od tysięcy lat, od czasów Salomona, demony i anioły nie widziały powodu, aby się interesować ludźmi. Zresztą i tak nie są w stanie przełamać bariery. A może znaleźli jakiś sposób? – Rozmyślał idąc przed siebie. - Przecież ludzie są śmiertelni. Żyją krótko, to słabe istoty. Po co z nimi walczyć? Nie rozumiem cię Maltaelu. Bracie, nie pojmuję twych decyzji. No chyba, że te plotki nie są prawdziwe. – Uzjel szedł zamyślony, aż w końcu poczuł uderzenie. Okazało się, że niechcący wpadł na sukkuba. Demonica najpierw krzyknęła za złością, a potem, kiedy uświadomiła sobie, kto przed nią stoi zrobiła się blada.

Zderzenie w sposób gwałtowny sprowadziło Uzjela na ziemię. Dzięki niemu uświadomił sobie jak daleko zawędrował. Bawiła go ta sytuacja, sukkub była przerażona. Wyglądała tak jakby za chwilę miała spłonąć w demonicznym ogniu, którym mogą władać przedstawiciele szlachty. Była piękna, wyglądała jak ludzka kobieta w wieku ok. 20 lat. Z tą różnicą, że z głowy wyrastały jej małe rogi, miała też czarne skrzydła, które w tej chwili były złożone. Twarz Uzjela znali wszyscy w Królestwie Ciemności, w końcu zaliczał się do szlachty, był jednym z najpotężniejszych demonów, czwartym w kolejności kandydatem do tronu. Wyglądem różnił się jednak od pozostałych szlachciców. Jako jedyny nie miał skrzydeł, ani rogów. Z zewnątrz wyglądał jak zwykły człowiek, najwyższej dwudziestokilkuletni. Nikt jednak, z wyjątkiem braci i Maltaela nigdy nie miał odwagi wypominać mu, że jest odmieńcem. Pomimo braku cech demonicznych w swym wyglądzie jego moc budziła u wielu zazdrość i przerażenie.
Sukkub padła mu do stóp błagając o wybaczenie. Leżała twarzą do ziemi, nie podnosząc głowy. On jednak poszedł dalej, nic nie powiedział. Dopiero, kiedy skręcił w kolejną ulicę demonica podniosła się, odetchnęła z ulgą i uciekła.


W Akademii Magicznej Krainy Ognia, jednego z krajów w Świecie Ludzi, dni upływały spokojnie, mimo wojny, jaką ich kraj prowadził od pięciu lat z krainą Słońca położoną na północy. Kompleks budynków był położony w mało zamieszkałej, malowniczej części kraju. Całość była otoczona wysokim murem obronnym, z narożnymi wieżami. Chłopcy i dziewczynki przez pięć lat pobierali w niej nauki zgłębiając arkana magii wszystkich żywiołów. Uczniowie i uczennice pod koniec drugiego roku kształcenia podchodzili do najważniejszego z testów polegającego na wykonaniu zaklęcia przywołania chowańca, istoty, która będzie im towarzyszyła do końca życia.
W jednej z sal lekcyjnych uczniowie klasy drugiej właśnie siedzieli na lekcjach prowadzonych przez profesor Lickte, ekspertkę od teorii magii. Nauczycielka licząca już ponad pięćdziesiąt wiosen, ubrana w szary, cienki płaszcz prowadziła wykład w swoim nudnym stylu, mówiła i mówiła, a uczniowie udawali, że słuchają… Wszyscy byli podnieceni, ponieważ jutro miał się odbyć najważniejszy rytuał w ich życiu. Rytuał, którego celem jest przywołanie chowańca. Prof. Lickte uznała, że w takiej sytuacji warto powtórzyć wykład z podstaw teorii magii.
- Ale nie śpimy, no już! Kto wymieni kategorie, na jakie dzieli się magia?
Wielu uczniów w tym momencie przestało bujać w obłokach i skierowało swój wzrok na nauczycielkę. W końcu jeden z nich podniósł rękę.
- Tak, Mieszko, słuchamy. – Powiedziała prof. Lickte.
- Pani profesor, mamy cztery kategorie: magię ziemi, powietrza, wody i ognia. – Odpowiedział Mieszko, jeden z najzdolniejszych uczniów w klasie.
- Bardzo dobrze, Mieszko, doskonale! Mamy cztery kategorie, cztery żywioły stwierdziła z entuzjazmem. - Pamiętajcie jednak, że żywioły możemy łączyć. Dzięki łączeniu magii żywiołów, ognia, powietrza, wody i ziemi możemy uzyskać silne i bardzo zróżnicowane efekty. Na przykład dzięki połączeniu magii wody i ziemi zdolny czarodziej może stworzyć lawinę błotną, która będzie zdolna pochłonąć całą armię. Jest to przydatne podczas wojen.
- Ale, Pani profesor, czy taka błotna lawina nie pochłonie też naszych wojsk?  – Uczennica o imieniu Drogis, weszła w słowo nauczycielce.
- Drogis, masz rację, dlatego w wojsku tak ważna jest hierarchia, cały system dowodzenia. Potężny, czarodziej, który jest głupcem nie słuchającym rozkazów, mógłby spowodować ogromne szkody.
- No, ale Pani profesor, przecież ta wojna jest bez sensu. Ciągnie się już od pięciu lat, nasze wojska przekroczyły już dawno rzekę i wkroczyły do Krainy Słońca, a potem front się zatrzymał. Dlaczego tak się stało? – Drogis, dociekliwa uczennica, dopytywała swoją nauczycielkę.
- Po prostu żadna ze stron nie może zyskać przewagi, żadna też nie chce ustąpić. Musimy wierzyć w naszego króla i jego armię. Kto wie, może jak już zostaniecie dyplomowanymi czarodziejami, a wojna będzie jeszcze trwała to was wyślą na front?
Słowa nauczycielki wyraźnie pobudziły uczniów, rozpoczęła się dyskusja. Jedni twierdzili, że chcieliby walczyć za ojczyznę, a inni doszli do wniosku, że niedługo nastąpi pokój.
- Wszyscy mówicie o obecnej wojnie toczonej przez ludzi. A przecież są jeszcze demony, anioły, istoty nadprzyrodzone z innych wymiarów. Uważam, że one też nam zagrażają. Poza tym w naszym świecie ludzie tworzą kilka krajów, niektóre z nich mogą stanąć po naszej stronie, albo wesprzeć wrogiego nam króla. Konflikt może się zaostrzyć, kiedy nie będziemy się tego spodziewali. To, że teoretycznie mamy przewagę w obecnej wojnie nie oznacza, że wygramy. – Słowa te wypowiedziała uczennica siedząca sama w dwuosobowej ławce na końcu klasy. 
Dziewczyna była po prostu ładna, miała długie, czarne włosy oraz błękitne oczy. Na nikogo nie patrzyła, jej wzrok był skierowany w dół, w stronę książki leżącej przed nią na ławce. To była Meldi, uczennica, której w klasie nikt nie lubił. Obiekt kpin.
- Meldi znowu opowiada o demonach, zaraz pewnie usłyszymy, że dojdzie do wojny ludzi z istotami nadprzyrodzonymi, a nasza nieporadna Meldi stanie na czele armii. – Pozostali w klasie słysząc słowa Drogis zaczęli się głośno śmiać, a Meldi czerwona ze złości w ciszy poczekała do końca lekcji i wybiegła z klasy ze łzami w oczach.

Na kolejnych lekcjach bywało podobnie. Drogis i jej paczka zawsze znalazły pretekst żeby podokuczać Meldi słynącej ze swej nieudolności magicznej. Większość zaklęć jej nie wychodziła. Kiedyś, na lekcji alchemii pomyliła mikstury i doprowadziła do wybuchu, który zniszczył całą klasę. Innym razem na zajęciach praktycznych z czarów wojskowych miała spalić drewnianą kukłę za pomocą wyczarowanego ognia, w praktyce udało jej się stworzyć tak mały płomyczek, że kukła się nie zapaliła. Uczniowie nazywali ją „nieudolną Meldi” lub „Meldi sierotą”, co doprowadzało dziewczynę do szału.

Ostatnia lekcja tego dnia prowadzona przez profesora Ignatiusa przebiegła spokojnie. Nauczyciel, w ramach przygotowań do jutrzejszego rytuału przywołania chowańca przypomniał uczniom podstawowe zasady układu energetycznego człowieka.
- Nigdy nie zapominajcie, że rytuał przywołania jest zaklęciem, podobnym do innych, a co za tym idzie dotyczą go takie same prawa magii, jak w przypadku wszystkich innych zaklęć. Na tym przedmiocie przez dwa lata uczyłem was o budowie energetycznej człowieka. Jest to wiedza niezbędna do zostania prawdziwym, dyplomowanym czarodziejem Krainy Ognia. Każdy, komu jutro uda się przywołać chowańca, zyska prawo do kontynuowania nauki przez trzy kolejne lata. Natomiast ci, którym się nie uda zostaną wydaleni z akademii.
- Meldi zapewne się nie uda – stwierdziła Drogis, bawiąc się ołówkiem i wywołując uśmiechy na ustach części uczniów.
- Nie wiadomo, oj w przeszłości różnie bywało. Czasem ktoś, kto ma dobre oceny i myśli, że jest zdolny nie przechodzi tej próby. Na twoim miejscu Drogis, martwiłbym się o siebie. – Odpowiedział prof. Ignatius zdejmując uśmiechy z twarzy uczniów. Meldi zrobiła wdzięczną minę i spojrzała na niego.
- Tak, więc wróćmy do meritum. Z moich lekcji musicie zapamiętać to, co najważniejsze, czyli znaczenie stanu systemu energetycznego człowieka. System ten dzieli się na elementy zwane czakrami oraz kanałami. U każdego człowieka występują te elementy. Jednak tylko u nielicznych są one rozwinięte na tyle, że człowiek jest w stanie władać magią. Czakry lub czakramy są ośrodkami energetycznymi, czyli czymś w rodzaju wrót, przez które wpływa do człowieka energia ze świata zewnętrznego, świata żywiołów. Utalentowane osoby, dzięki żmudnemu treningowi potrafią przemienić tę energię w magię i wykorzystać do swoich celów. Każdy człowiek posiada siedem czakr głównych, ale to już są szczegóły. Upraszczając sprawę musicie wiedzieć, a raczej mam nadzieję, że z naszych lekcji wszyscy wiecie, że ważna jest codzienna medytacja, najlepiej w kontakcie z żywiołami. Można chodzić też boso po ziemi, co sprawi, że przyzwyczaicie swoje energetyczne wnętrze do żywiołu ziemi. Polecam też medytację nad wodą albo przy ognisku. Poza tym polecam wykonywać codziennie ćwiczenia oddechowe na świeżym powietrzu… Dzięki temu dojdziecie do perfekcji.
- Profesorze, czy Pan medytuje? – Zapytał jeden z uczniów.
- Oczywiście! Staram się medytować i wykonywać ćwiczenia oddechowe codziennie. To naprawdę jest ważne, o wiele ważniejsze od treningu fizycznego. Do kontrolowania magii potrzebna jest silna psychika, oraz wewnętrzny spokój, umiejętność kontrolowania emocji. Medytacja dla każdego czarodzieja powinna być ważniejsza od treningu siłowego. Lonerin, czarodziej specjalizujący się w magii wody, który zmarł sto lat temu zapisał w swoich wspomnieniach, że każdego ranka zaczynał dzień od dwugodzinnej medytacji pod wodospadem. Z kolei Morgana, czarownica żyjąca kilka wieków temu wszędzie chodziła boso, aby jej magia ziemi z dnia na dzień stawała się doskonalsza.
- Profesor, kiedy już się nakręci i zacznie opowiadać o dawnych czarodziejach nigdy nie może przestać – szepnął Mieszko do swojego kolegi z ławki, który mu przytaknął i odpowiedział: 
- Lekcję mamy z głowy, będzie gadał o historii do końca. 

Chłopcy mieli rację. Prof. Ignatius odpłynął, zatopił się w swoim świecie i opowiadał o historii wspaniałych czarodziejów do końca lekcji. Na końcu życzył wszystkim powodzenia podczas jutrzejszego rytuału przyzwania chowańca i wyszedł z klasy. To była ostatnia z lekcji, którą klasa druga miała w planie tego dnia. Całe popołudnie mieli wolne, aby się przygotować do tego, co miało nastąpić. Drogis i jej koleżanki zdążyły otoczyć Meldi zanim wyszła z klasy.
- Meldi, źle, jak zwykle nic nie rozumiesz. Nie pojmujesz, że w tej akademii nie ma miejsca dla takich nieudaczników jak ty? Jesteś beztalenciem, po dwóch latach nauki dalej nie potrafisz wykonywać najprostszych zaklęć. Podobno pochodzisz z dumnego rodu Asztartów, który specjalizuje się w alchemii i magii przywoływania. Tylko, co takie beztalencie jak ty może przywołać?
 Słowa wypowiadane przez Drogis bardzo ją raniły, zdążyła się jednak przyzwyczaić do oszczerstw. Inne koleżanki z klasy też się z niej śmiały. Nikt w akademii nie miał litości dla osób, bez talentu do magii takich jak ona. Meldi o tym wiedziała, jednak nie chciała zawieść rodziców, którzy w nią wierzyli. W rodzinie Asztartów wszyscy byli wytrawnymi magami, rodzili się z talentem. Wszyscy, poza nią…
- Przywołam potężnego chowańca, zobaczycie, udowodnię wam!
Dziewczyny wybuchły śmiechem!
- Głupia, jaka ty jesteś głupia! Tylko osoby z talentem potrafią przywołać potężnych chowańców, takich jak smoki, gryfy, salamandry, jednorożce lub pegazy. Ty, nieudolna Meldi, zapewne przywołasz jakiegoś szczura!
Tym razem wszyscy uczniowie zaczęli się śmiać. Meldi, po raz drugi tego dnia, ze łzami w oczach wybiegła z klasy.
- Pokażę im, udowodnię wszystkim, że jestem znakomitą czarodziejką.

Meldi codziennie chodziła do biblioteki i pochłaniała wszystkie znalezione książki dotyczące chowańców oraz magii przywoływania. Wiedziała, że od tego wszystko zależy. Czarodziejki, które w drugiej klasie nie potrafiły przywołać prawidłowo swego sługi i zawrzeć z nim kontraktu były wydalane z akademii. Wszystko sobie dokładnie zanotowała:
- Najpierw należy namalować kredą na ziemi duży pentagram.(…) Następnie dookoła niego rozrysować runy ochronne. Na końcu wypowiadam słowa zaklęcia przywołania: arnakus, aktikus przybądź, zostań mym sługą, przyjacielem i obrońcą.
– I to wszystko, proste – przywołała na usta miły uśmiech i poszła odłożyć książki na półkę. Kiedy już to zrobiła chodziła wzdłuż regałów, patrząc na tytuły i zastanawiając, czy warto jeszcze coś przeczytać. Denerwowała się, ponieważ ten ważny dzień miał nastąpić już jutro. Było późno, została sama w akademickiej bibliotece. Lubiła samotnie, w ciszy chodzić między regałami pełnymi książek. Kochała czytać. Książki w przeciwieństwie do ludzi nie śmiały się z niej, nie raniły. Tyle czytała, tak dużą wiedzę zdobyła, a mimo tego dalej nie potrafiła wykonywać prawidłowo większości zaklęć. Brak talentu do magii doprowadzał ją do szału.
Miała już wracać do swojego pokoju. Mieszkała sama, żadna koleżanka nie chciała być jej współlokatorką. W pewnym momencie dostrzegła książkę z czarną okładką, która wystawała na jednym z górnych regałów. Meldi wiedziała, że po tamte książki mogą sięgać tylko nauczyciele, ponieważ jest to dział poświęcony zaawansowanej magii. Ciekawość jednak zwyciężyła nad zasadami panującymi w szkole. Pełna podniecenia podbiegła do drabiny na kółkach, którą przesunęła wzdłuż regałów. Wspięła się po szczeblach i wyciągnęła rękę z trudem sięgając tajemniczą księgę. Podniecona podeszła do jednej z ławek, usiadła na krześle i spojrzała na okładkę zrobioną z czarnej grubej skóry. Tytuł na niej zapisany sprawił, że na ustach Meldi pojawił się ogromny uśmiech, a oczy jej się zaświeciły.
- Grymuar Króla Salomona: jak przywołać demona i zmusić go do posłuszeństwa. – Powtórzyła tytuł powoli. Słyszała na lekcjach z historii magii o legendarnym królu Salomonie, który żył kilkaset tysięcy lat temu i potrafił podobno przywoływać demony. Nauczycielka nigdy jednak nie wspominała nic o grymuarach, księgach wiedzy magicznej spisanych przez Salomona. O tym królu na lekcjach historii wspominano tylko w kontekście legend, które mogą zawierać jakieś ziarno prawdy. Wielu wątpiło, czy ktoś taki jak Salomon kiedykolwiek istniał. Dlatego Meldi zdziwiła się, że w akademickiej bibliotece znajduje się księga podobno spisana przez tego legendarnego króla. Wiedziała, że robi źle. Na lekcjach ostrzegano uczniów wiele razy przed sięganiem po księgi z górnych regałów, które są przeznaczone tylko dla nauczycieli. Już samo ich dotykanie mogło się skończyć wydaleniem ze szkoły. Meldi jednak wiedziała, że jeśli nie uda jej się przywołać chowańca to i tak ją wyrzucą, a rodzice zapewne wydziedziczą nieporadną córkę, niegodną rodziny Asztartów.
Odważyła się i otworzyła księgę. Przedmowa zapisana na początku sprawiła, że uśmiech znikł z jej twarzy: Księga jest falsyfikatem spisanym tysiąc lat temu przez anonimowego autora, który zarzekał się kłamliwie, że przepisał prawdziwą księgą legendarnego króla Salomona. Uniwersyteccy historycy w większości twierdzą, że król Salomon nigdy nie istniał, a opowieści o nim należy traktować jak bajki lub legendy nie mające podstaw w rzeczywistości.

 Mimo wszystko nie zniechęciła się. Przekładała stronice, oglądając wizerunki demonów. Niektóre były podobne do ludzi, lecz miały rogi oraz skrzydła, inne wyglądały jak połączenie człowieka i zwierzęcia, jeszcze inne w swoim wyglądzie nie miały nic ludzkiego. Przy każdym rysunku przedstawiającym wizerunek danego demona znajdowały się szczegółowe informacje, takie jak: imię oraz opis i sposób przywołania. Zainteresował ją Nitael, upadły anioł, który w czasach starożytnych zdradził Niebiosa i przeszedł na stronę Maltaela, króla demonów. Był to wysoki rangą demon, którego przywołanie i kontrola wymagały ogromnych umiejętności magicznych oraz narysowania kredą specjalnych kręgów magicznych z pentagramem i runami w ich centrum. Wszystko było dokładnie wyjaśnione w księdze. Meldi nigdy nie widziała takich run i tak skomplikowanych kręgów magicznych.
Po ponad godzinie czytania o najpotężniejszych demonach otworzyła księgę na rozdziale pierwszym, który opisywał pomniejsze demony oraz istoty magiczne. Pominęła wstęp oraz dział ze wskazaniami i ostrzeżeniami. Wiedziała, że nie może zostać w bibliotece zbyt długo. Zgodnie ze szkolnymi zasadami bibliotekarz wypraszał wszystkich i zamykał drzwi o godz. 22.00. Zostało jej jakieś trzydzieści minut. Była na siebie wściekła. Zdawała sobie sprawę, że już jutro odbędzie się rytuał przywołania chowańców. Jednak dopiero teraz czuła się na tyle zdesperowana, że postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i zaufać tej księdze. W końcu znalazła rysunek smoka. Miał czerwone grube łuski i ział ogniem. Meldi zaświeciły się oczy.
- Jest piękny. – Powiedziała i zaczęła przepisywać z księgi wszystkie szczegóły potrzebne do jego przywołania. Po chwili stwierdziła, że spełnia warunki, pochodzi z magicznego rodu specjalizującego się w magii, co według księgi było niezbędnym wymogiem do przywołania smoka. Jedyne, co ją odstraszało to wymóg zranienia sobie ręki podczas wypowiadania słów zaklęcia. Krople krwi muszą spaść w sam środek magicznego kręgu, kiedy czarodziej wypowiada zaklęcie przywołujące smoka. Początkowe słowa zaklęcia były takie same jak te, które poznała ze zwyczajnych ksiąg. Brzmiały: arnakus, aktikus przybądź, zostań mym sługą, przyjacielem i obrońcą. Po ich wypowiedzeniu – tego już w zwyczajnych księgach nie było - należało złożyć ofiarę z kilku kropel swojej krwi i wypowiedzieć następujące słowa: Przyzywam Cię, potworny, cielesny, potężny, Smoku. Przybądź na me wezwanie i służ swojej nowej Pani.
Dziewczyna nie miała już czasu. Bibliotekarz właśnie zaczął dzwonić dzwonkiem, co oznaczało, że zbliża się godzina zamknięcia. Meldi szybko pobiegła odłożyć czarny grymuar na miejsce, schowała swoje notatki i pobiegła do pokoju. Zasypiała z uśmiechem na ustach wyobrażając sobie miny koleżanek i kolegów z klasy. Tak bardzo pragnęła udowodnić im, że jest godna swej rodziny, godna miana czarodziejki Krainy Ognia, chciała żeby ją zaakceptowano, miała już dość ciągłego wyśmiewania się z niej.

Poranek był ciepły i bezchmurny. Dyrektor akademii magicznej o imieniu Gudikus, właśnie siedział przy swoim biurku i pił kawę. Po jego biurze kręciła się Mojmira, zaufana asystentka. Kiedy nachylała się żeby podnieść książkę leżącą na podłodze przy regale oczy staruszka kierowały się w stronę jej pośladków.
- Znowu spadła. – Stwierdziła, nachylając się wyzywająco i podnosząc książkę z podłogi.
- Wczoraj było u mnie wielu uczniów, pewnie któryś ją przeglądał, a potem odstawił niedokładnie na półkę, dlatego spadła. – Stwierdził dyrektor, który pił kawę i czytał gazetę udając, że zachowanie asystentki go nie interesuje. Lubił tak się z nią droczyć, była młoda i piękna.
Asystentka po chwili usiadła przy swoim biurku i zaczęła przeglądać dokumenty.
- Dyrektorze dziś jest ten dzień. Uczniowie klasy drugiej będą przywoływać swoje chowańce.
Staruszek z siwymi włosami oraz długą brodą cały czas w lewej ręce trzymał filiżankę kawy i był wpatrzony w gazetę.
- Ciekawe ilu z nich odpadnie – powiedział po chwili.
- W tamtym roku chowańca nie udało się przywołać trzem uczennicom i jednemu uczniowi. – Przypomniała asystentka wyjmując z teczki akta tych uczniów.
          Dyrektor pamiętał nazwiska tej nieszczęsnej czwórki, ale wykorzystał okazję i podszedł do siedzącej asystentki.
          - Pokaż mi te akta – powiedział uśmiechając się i nachylając nad biurkiem. Udało mu się spojrzeć w jej dekolt, co było jego głównym celem.
          Dla Mojmiry to było jednak za dużo. Cios, który mu wymierzyła teczką z aktami był bardzo szybki. Staruszek wiedział, że dziś prędzej, czy później oberwie. Każdego dnia od niej obrywał.
          - Straszny z ciebie zboczuch dyrektorze – stwierdziła uśmiechając się w dziwny sposób i wręczając mu teczkę z aktami.
          - Mojmirko źle mnie oceniasz, nie dostrzegłem fragmentu twojego czarnego stanika, to znaczy dostrzegłem, ale to był przypadek, uwierz mi – Powiedział staruszek trzymając w rękach teczkę i uśmiechając się niewinnie.
Dziewczyna słysząc wzmiankę o staniku nie wytrzymała i przyłożyła mu za pomocą magii. Najpierw dmuchnęła w niego płomieniem, a potem użyła zaklęcia lewitacji, uniosła staruszka i przekręciła głową w dół.
- Stary zboczuchu jestem dla ciebie za dobra – powiedziała podchodząc blisko wiszącego w powietrzu staruszka, który cały czas unosił się do góry nogami. Po kilku minutach udzielania mu kazania o moralności opuściła dyrektora gwałtownie na podłogę.
Staruszek upadł i leżał na plecach blisko stojącej asystentki.
- Mojmirko to najwspanialszy widok od tygodni. Czarne stringi, do ciebie pasują. Z tej pozycji widzę je doskonale.
 Dziewczyna zrobiła się czerwona ze złości, a magiczny wybuch, który wybił wszystkie szyby w gabinecie dyrektora było słychać w całej akademii. Uczniowie się zaniepokoili, a nauczyciele zajmowali się swoimi sprawami wiedząc, że pewnie znowu dyrektor z czymś podpadł swojej asystentce. 

Wybuch zwrócił uwagę uczniów stojących na tyłach akademii, pomiędzy głównym budynkiem i stajniami oraz mieszkaniami służby. Cały kompleks był okrążony grubym murem wysokim na dziesięć metrów z wysokimi wieżami w narożnikach. Akademia od czterdziestu lat nie była atakowana, a Kraj Ognia, na terenie, którego się znajdowała prowadził wojnę poza swymi granicami. Mimo tego mury obronne utrzymywano w doskonałym stanie. Nauczyciel magii przywołania, Pan Zedikus szybko uspokoił swoich podopiecznych.
- Nie martwcie się. U naszego dyrektora czasem jest wybuchowo.
Uczniowie patrzyli na uśmiechniętą minę nauczyciela, a potem spojrzeli na siebie ze zdziwieniem. Po chwili jednak przestali myśleć o tajemniczym wybuchu.  To, co miało się właśnie wydarzyć było dla nich zbyt ważne. Meldi obserwowała jak jej rówieśnicy po kolei wykonują magię przywołania. Wszystkim udało się przywołać chowańce. Drogis, dziewczyna, która często jej dokuczała przywołała małą salamandrę wprawiając w zdumienie swojego nauczyciela. Mieszko przywołał małego tygrysa. Wszędzie roiło się od dziwnych stworzonek, niektóre wyglądały jak drapieżne ptaki, a inne miały postać kota albo lisa.
- Czy to już wszyscy? – Zapytał nauczyciel.
- Została jeszcze nieporadna Meldi – powiedział któryś z uczniów wywołując w ten sposób chór śmiechu. 
Nauczyciel szybko uciszył śmiejących się uczniów i kazał Meldi wyjść na środek. Przyglądał się jak uczennica maluje kredą krąg, zupełnie inny od wszystkich, jakie widział do tej pory. Jednak nie reagował. Uczniowie mieli przeczytać w bibliotece różne księgi, poznać rozmaite techniki przywołań, których opisano setki i potem zastosować jedną z nich. To, co wydarzyło się później zaskoczyło go. Dziewczyna wypowiedziała powszechnie znane słowa przysięgi, po czym wyjęła mały sztylet i skaleczyła się w rękę. Nauczyciel w pierwszym momencie tego nie dostrzegł, ponieważ spojrzał na uczniów śmiejących się z dziewczynki. Uciszył ich, a kiedy jego oczy skierowały się ponownie na małą Meldi zamarł przerażony. Uczennica właśnie skaleczyła się i jej krew kapała na magiczny krąg. W tym samym momencie zaczęła wypowiadać tajemnicze słowa zaklęcia, które miało przywołać smoka.
- Czarna magia! Zakazana czarna magia! - Zaczął krzyczeć biegnąc w stronę Meldi. – Przestań, przerwij rytuał. Dziewczynka go jednak nie słyszała. Była zbyt skupiona na wypowiadanym zaklęciu. Nauczyciel próbował dostać się do kręgu w centrum, którego stała uczennica jednak jakaś tajemnicza siła go odrzuciła.

Na niebie zaczęły pojawiać się czarne chmury, które zasłoniły słońce. Za dnia nastała noc. Dyrektor próbujący po raz kolejny zajrzeć w dekolt swojej asystentki w mgnieniu oka stał się jakby innym człowiekiem. Jego oczy zrobiły się duże jak nigdy, a mina poważna.
- Ogłoś alarm, zabierz stąd dzieci – powiedział stanowczym i twardym głosem do Mojmiry.
- O co chodzi? - Zapytała zaskoczona jego nagłą zmianą.
- To czarna magia, potężna. Zdolna otworzyć wrota do Królestwa Ciemności. – Powiedział przerażony i wybiegł ze swego gabinetu.
Mojmira nigdy nie widziała dyrektora w takim stanie. On, jeden z najpotężniejszych magów Krainy Ognia, miał minę pełną strachu, był przerażony. Dziewczyna szybko zaczęła wykonywać jego polecenia przełożonego i rozpoczęła ewakuację uczniów.

Dyrektor w ciągu kilku minut pojawił się w miejscu przywoływania chowańców. Profesor Zedikus leżał nieprzytomny, a uczniowie próbowali go ocucić. Wszyscy byli przerażeni. W środku magicznego kręgu stała jedna z uczennic. Staruszek szybko ją rozpoznał, to była osiemnastoletnia mała Meldi, dziewczynka z rodziny Asztartów. Słyszał, że ma w sobie dużo mocy magicznej, której jednak nie potrafi wykorzystać. Tak czasem było, niektórzy uczniowie dopiero po trzech, czterech latach nauki nabierali wprawy w wykorzystywaniu swych magicznych pokładów. Niebo było coraz czarniejsze. Nad akademią zaczął otwierać się duży portal, z którego po chwili wyłoniła się łapa smoka, a potem jego paszcza. Po kilku minutach bestia w całości była już po stronie świata ludzi.
Dyrektor patrzył w osłupieniu. W znanym mu świecie nie żyły takie ogromne stworzenia. Czasem magom udawało się przywołać smoka, ale były to zawsze o wiele mniejsze chowańce. Ten wyglądał jakby nie pochodził z tego świata.
- Nawet ja niebyłym w stanie kontrolować takiej bestii, jako chowańca. Dziewczynko, co ty próbowałaś zrobić? – Powiedział sam do siebie.
- Przepraszam dyrektorze. Nie upilnowałem jej, nie wiem jak ta dziewczynka nauczyła się czarnej magii. – Powiedział już przytomny nauczyciel.
- Zedikusie o twojej odpowiedzialności i karze porozmawiamy później. Oczywiście, jeśli przeżyjemy – odpowiedział Gudikus, dyrektor akademii.
Obaj stanęli przy uczniach z klasy Meldi, którzy ze strachem patrzyli na smoka latającego po niebie. Po chwili pojawiły się przy nich ich chowańce, gryf dyrektora i lew Zedikusa. Smok w końcu zaatakował. Zionął ogniem w stronę ludzi, których dostrzegł w dole. Podmuch był potężny, akademia się zapaliła, szyby powylatywały z okien. Mojmira zdążyła jednak razem z innymi nauczycielami wyprowadzić wszystkich na zewnątrz. Widok bestii latającej po niebie spowodował wybuch paniki wśród uczniów i niektórych nauczycieli. Dyrektor stworzył niewidzialną tarczę, która otoczyła całą szkołę, osłaniając jego i dzieci. Uderzenia ognia były tak potężne, że ukląkł na jedno kolano. Jego gryf próbował atakować smoka, jednak nie był w stanie zadać mu poważnych ran.
- Zedikusie zabierz stąd wszystkich ludzi. Uciekajcie. Oddalcie się jak najdalej od szkoły. Ja postaram się go zatrzymać. Kupię wam tyle czasu ile zdołam. Postaraj się ostrzec stolicę.
- Dyrektorze, a co z Meldi?
- Dla niej już nie ma ratunku Zedikusie. Nawet ja nie jestem w stanie jej ocalić. Tylko sama może się uratować, ale dla takiej niedoświadczonej dziewczynki to raczej niemożliwe. Czarna magia całkowicie ją pochłonęła. Ten portal na niebie prowadzi do świata demonów, to prastara magia, o której wie tylko wąskie grono wtajemniczonych.

Uzjel z ciekawością obserwował to niecodzienne zdarzenie. Najpierw poczuł ogromny przypływ magicznej mocy. Później kilka kilometrów na zachód od Tartaru, stolicy Królestwa Ciemności otworzył się dziwny magiczny portal. Bariera ochraniająca Świat Ludzi nagle zaczęła się rozpadać. Czuł jak zanika, demony w całej Krainie Ciemności zaczęły odczuwać coraz większe pobudzenie. Uzjel wykorzystał swoją moc i wzniósł się ku niebu, po czym poleciał w stronę tych dziwnych zjawisk. Z oddali dostrzegł smoka, który wchodził do portalu. Smoki zaliczały się do dość silnych zwierząt żyjących w Królestwie Ciemności.
- To jakiś rodzaj magii przywołania? Bariera, która 500 tys. lat temu powstała po twojej śmierci zaraz zupełnie zniknie. Salomonie, czyżbyś powrócił?
Zbliżył się do portalu i dotknął go ręką. Dzięki swojej mocy ujrzał świat po drugiej stronie, ludzką dziewczynę około dwudziestoletnią, która stała w środku magicznego kręgu. W jego kluczowych miejscach znajdowały runy, których nie widział od dawna.
- Próbowała przywołać smoka za pomocą magii Salomona? Taka krucha, śmiertelna dziewczynka? To, czego się podjęła od początku było dla niej niewykonalne. Ledwo utrzymała połączenie między wymiarami, co sprawiło, że bestia mogła przedostać się na drugą stronę. Jednak z taką mocą nie będzie w stanie jej kontrolować. Tylko Salomon byłby w stanie. On mówił, że kiedyś się odrodzi… ale, nie to niemożliwe. Absolutnie niemożliwe!
Uzjel dostrzegł, że usta dziewczynki się poruszają. Pomimo, że był w Królestwie Ciemności dzięki swej mocy widział ją wyraźnie. Najpierw płakała, a po chwili zaczęła nucić coś pod nosem. Przybrała dziwną postawę, magia w jej ciele była nieustabilizowana, pozbawiona kontroli. Z jej ust wyczytał słowa: znowu zawiodłam, jestem taka słaba, powinnam umrzeć i umrę. Po chwili otworzyła oczy, które lśniły jaskrawym błękitem, były piękne. Były błękitne, tak jak zapamiętał je sprzed 500 tys. lat. Już nie było w nich łez, teraz patrzyła na smoka zdecydowanie. Uzjel jednak czuł się tak, jakby patrzyła na niego, nie miała prawa go widzieć. To było niemożliwe dla żadnego śmiertelnika. A jednak czuł jakby błękit jej oczu przenikał go, on demon żyjący od setek tysięcy lat poczuł coś, czego nie czuł od czasu śmierci Salomona. Dziwne uczucie, o którym już zdążył zapomnieć nagle powróciło.
- To nie jest zwyczajna dziewczynka.
To, co stało się później wstrząsnęło nim. Starzec, który do tej pory powstrzymywał smoka był już wycieńczony, leżał na ziemi ledwo łapiąc oddech. Jego tarcza ochronna znikła. Dziewczynka zebrała w sobie resztki sił i krzyknęła: Smoku miałeś zostać mym sługą, moim chowańcem. Miałeś mnie chronić, a nie krzywdzić osoby mi bliskie! Następnie ruszyła resztkami sił na bestię, która wylądowała naprzeciwko niej. Dziewczynka minęła leżącego lwa oraz gryfa, zostawiła za sobą ledwo żywego starca i biegła drąc się na smoka, który był wyraźnie rozbawiony jej zachowaniem. Próbowała wystrzelić w jego stronę kulę ognia jednak w stronę bestii poleciał tylko mały płomyczek. Bestia spojrzała na nią zirytowana i, jakby w odwecie zionęła w stronę dziewczynki ogniem, potężnym, gorącym jak niczym lawa z wulkanu.

Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Nie rozumiał swojego zachowania. A jednak przekroczył portal…

Dyrektor miał trudności ze złapaniem oddechu. Resztkami sił krzyknął:
- Uciekaj Meldi, skoro jakimś cudem udało ci się wyrwać z tego kręgu to powinnaś uciec, ratuj swe życie. – Krzyknął.
Meldi jednak wpadła w bitewny szał i biegła na smoka. Wyglądała jak mrówka próbująca pokonać słonia. Zedikus z przerażeniem i zdziwieniem patrzył jak ta drobna dziewczynka pędzi w stronę bestii. Po chwili smok zionął w nią ogromną kulą ognia.
- To już koniec – wyszeptał dyrektor. To zabije nas oboje.
Ogień pochłonął dziewczynę i leżącego na ziemi dyrektora, strawił ich, a przynajmniej tak powinno się stać. Staruszek nie wierzył własnym oczom. Dookoła niego i Meldi pojawiła się niewidzialna tarcza, na tyle potężna, że nie poczuł nawet ciepła ognistych płomieni. Kiedy ogień zniknął dziewczynka była cała, stała zdziwiona, wystraszona, nic nie rozumiejąc. Smok też nie rozumiał.
- Zrobiłaś na mnie wrażenie śmiertelniczko.
Nagle oczy wszystkich skierowały się w stronę osoby, która wypowiedziała te słowa. Wyglądał jak człowiek, mężczyzna ok. 25-letni. Miał na sobie luźne spodnie i koszulę, które wyglądały na bardzo drogie. Unosił się w powietrzu, przed portalem otwartym na niebie. Nie miał skrzydeł, a jednak latał. Czarne włosy sięgające mu do szyi były rozpuszczone i powiewały na wietrze. Na plecach miał zawieszony miecz dwuręczny. Lewą rękę trzymał w kieszeni, a prawą miał wyciągniętą przed siebie.

Smok przeniósł na niego całą swoją uwagę, wzbił się gwałtownie w powietrze wystrzeliwując kilka kul ognia. Żadna z nich nie dosięgła celu, tak jakby wyciągnięta prawa ręka mężczyzny tworzyła jakąś ochraniającą go tarczę. Rozzłoszczony ruszył w stronę nieznajomego, najpierw zamachnął się swoją lewą łapą próbując wbić pazury w przeciwnika. Każdy z pazurów był wielkości dorosłego człowieka, jednak wszystkie zatrzymały się na niewidzialnej tarczy. Potem rozwścieczona bestia uderzyła ogonem, również bez skutku. Zirytowany smok atakował ze wszystkich sił. Meldi i dyrektor Gudikus nie wierzyli własnym oczom. Bestia, z którą ludzie nie mieli szans mierzyć się w pojedynkę nie potrafiła nawet zadrapać tajemniczego mężczyzny, który cały czas miał jedną rękę w kieszeni, a miecz dalej w pochwie.
- Śmiertelna dziewczynko. Teraz pokażę ci ogień, który jest w stanie spalić nawet smoka. – Wypowiadając głośno te słowa wyjął drugą rękę z kieszeni. W jego otwartych dłoniach zaczęły pojawiać się małe płomienie, które rosły, były coraz większe. Po chwili otoczyły go całego i wystrzeliły gwałtowną smugą w stronę smoka spalając go doszczętnie. Ognista smuga przebiła smoka i uderzyła w chmury sprawiając, że ciemności się rozproszyły, a portal zaczął się zamykać. Smok, istota odporna na magię i – jak czytała Meldi - ogień spłonęła wyjąc z bólu od tych niezwykłych płomieni.

Tajemniczy mężczyzna wylądował obok Meldi, która patrzyła na niego z ciekawością, była w szoku.
- Jesteś demonem – zapytała.
- Tak – odpowiedział.
- Więc zostań moim chowańcem, jesteś lepszy od smoka. – Stwierdziła patrząc mu w oczy i zemdlała z wycieńczenia. Złapał ją zanim upadła na ziemię i zaczął się głośno śmiać. Zupełnie nie rozumiał zachowania tej śmiertelniczki. Zresztą swojego zachowania też nie rozumiał. Jej ostatnie słowa zaskoczyły go i rozbawiły, nie pamiętał, kiedy ostatnio się tak śmiał.
- Nareszcie przestałem się nudzić. – Powiedział sam do siebie, a portal na niebie zamknął się ze jego plecami. Stał trzymając Meldi na rękach, była rozpalona, a resztki życia z niej uchodziły.
- Nie możesz teraz umrzeć. Za bardzo rozbudziłaś moją ciekawość. – Wypowiedział te słowa i pocałował ją, była nieprzytomna, co nie zmienia faktu, że zawarł z nią tym pocałunkiem kontrakt, przekazując dziewczynie tym samym część swej mocy, wystarczającą do zregenerowania jej meridianów, kanałów energetycznych, które zostały strzaskane przez czarną magię. Demoniczna moc wypełniła ciało Meldi, lecząc jej rany. Po chwili powoli otworzyła oczy, odzyskała przytomność, w jej głowie wirowały obrazy. Widziała jego przeszłość, niezliczone bitwy toczone z aniołami, smutek i pustkę, które odczuwał przez setki tysięcy lat.
- To właśnie jestem ja, Uzjel. Widzisz moją przeszłość, oboje widzimy się na wylot. Tak właśnie działa kontrakt z demonem. Chciałaś przywołać potężnego chowańca, wyszło na to, że zyskałaś jednego z najsilniejszych w całym Królestwie Ciemności.
Wciąż jeszcze słaba Meldi, którą stojąc trzymał na rękach dotknęła jego policzka, po czym powiedziała:
- Uzjelu jest w tobie tyle smutku i bólu.
Następnie ponownie zemdlała. A on po raz kolejny był wstrząśnięty jej reakcją, której nie potrafił przewidzieć.
- Starcze ona musi odpocząć. Gdzie jest jej łóżko? – Odwrócił się z dziewczyną na rekach i patrzył w stronę dyrektora.
- Uzjel, brat Diablo, Maltaela i Mefisto. Czwarty w kolejności do tronu Królestwa Ciemności, ten, który dowodził legionami diabelskimi w ostatnich bitwach toczonych aniołami? Dlaczego? Dla ludzkiej dziewczynki? – Starzec po usłyszeniu jego imienia był spocony ze strachu. Smok był niczym w porównaniu do istoty stojącej przed nim.
- Widzę starcze, że nawet w świecie ludzi jestem znany. Pytasz, dlaczego? Bo miałem taki kaprys.
- Twoja ogromna moc rozsadzi jej drobne ciało. – Stwierdził ze smutkiem starzec.
- Jej drobnemu ciału nic nie będzie, starcze. Stałem się jej chowańcem, przekazuję jej tyle mocy, ile jest w stanie wytrzymać.
- Ty, jej chowańcem. Jeden z najpotężniejszych wrogów ludzkości i aniołów?
- Aniołów, owszem, a z ludźmi nie wojowałem od czasów starożytnych. Po śmierci Salomona staliście się tak słabi, że atak na was skończyłby się masakrą, bez żadnej satysfakcji z walki. W czasach Salomona istnieli ludzie, którzy w pojedynkę potrafili pokonać kilka takich smoków.
- A może tacy jak ty nie mogli nas zaatakować z powodu bariery?  
- Starcze widzę, że naprawdę, jak na człowieka dużo wiesz.
- Skoro jesteśmy tak słabi to, dlaczego ją ocaliłeś? Nie wierzę, że ktoś taki jak ty miał kaprys ocalenia małej śmiertelnej dziewczynki.
- Starcze w moim świecie, ci, którzy odzywają się do mnie z taką poufałością często giną w męczarniach… Dostrzegłem w niej coś, co mnie zaintrygowało, moc, której nie czułem od 500 tysięcy lat, moc, którą miał w sobie Salomon.
Dyrektor akademii zbladł.
- Skoro demon dostał się do Świata Ludzi, a w Meldi odrodziła się moc Salomona to oznacza, że…
- To starcze oznacza, że bariera znikła, a armia Królestwa Ciemności lub Niebios mogą zaatakować was, ludzi w każdej chwili.
- Zdawaliśmy sobie sprawę z potencjału tej dziewczynki. Chcieliśmy uczynić z niej broń do walki z wojskami Krainy Słońca. Nie sądziłem jednak, że ona ma w sobie… – Pomyślał Gudikus i patrzył na Uzjela, który szedł w stronę płonącej akademii trzymając nieprzytomną Meldi na rękach. Ogień po chwili zgasł, wystarczyło tylko żeby Uzjel spojrzał na płonący budynek.
- Więc starcze? Mam ją tak trzymać na rękach cały dzień? Mam nadzieję, że budynek, w którym ona śpi nie spłonął.
- Nie, nie uczniowie śpią w tamtym, mniejszym budynku. Ogień tam nie dotarł, w porę go ugasiłeś. – Odpowiedział staruszek, który powoli dochodził do siebie po tych wszystkich szokujących wydarzeniach oraz informacjach.

O ataku smoka na Akademię Magiczną w Krainie Ognia następnego dnia pisały wszystkie gazety. Król tej krainy zwołał posiedzenie swoich senatorów w mieście Zintarion, stolicy Krainy Ognia. Plotki szybko rozeszły się na sąsiednie krainy i wprowadziły spore zamieszanie w świecie śmiertelników.  Gudikus, dyrektor akademii został okrzyknięty bohaterem, który pokonał smoka. Na temat tajemniczego nieznajomego, który ocalił Meldi i naprawdę pokonał przyzwaną bestię prasa milczała. Dyrektor, chcąc chronić uczennicę, zataił prawdziwą przyczynę pojawienia się smoka. Nikomu nie powiedział, dlaczego portal na niebie się otworzył, a uczniom i nauczycielom zakazał udzielania wywiadów dla dziennikarzy. Z nauczycieli tylko dyrektor Gudikus i nauczyciel magii przywoływania Zedikus wiedzieli, że Meldi użyła czarnej magii. Obaj trzymali jednak język za zębami. Uczniowie z jej klasy nie mieli o niczym pojęcia, zresztą Zedikus zabrał ich z pola walki zanim przybył Uzjel. Wytłumaczenie, kim jest ten przystojny mężczyzna również nie było łatwe. Wszystkim w akademii dyrektor wmówił, że Uzjel jest chowańcem, pomniejszym demonem o imieniu Jabiel, którego Meldi przywołała w chwili tajemniczego pojawienia się smoka na niebie.

Dyrektor podświadomie czuł, że utkana przez niego sieć kłamstw prędzej, czy później pęknie. Nie mógł jednak wyjawić prawdy, świat nie był na nią gotowy. 



SPIS TREŚCI

Demon i śmiertelniczka (Rozdział 1. Spotkanie)



Demon i śmiertelniczka (Rozdział 2. Przedsmak nadchodzącego koszmaru)


1 komentarz:

  1. Cześć.:)
    Świetnie sie zaczyna.
    Kiedy nastepny rozdział?
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń