środa, 19 lipca 2017

"Dziwna część YouTube". Jak daleko posuniesz się dla chwili popularności?

"Dziwna część YouTube" pod taką nazwą kryją się filmy, których normalny Internuta nie potrafi ogarnąć umysłem. Niektórzy ludzie już tak mają, że dla kilku minut sławy są gotowi przekroczyć wszelkie granice. Niestety dla nich filmiki jak ktoś siedzi na sedesie albo pijany wchodzi do pralki już nie robią wrażenia. Muszą więc tworzyć coraz oryginalniejsze filmy.


Sama nazwa "Dziwna część YouTube" została wymyślona cztery lata po powstaniu serwisu, czyli w roku 2009. Zapewne każdy z was przynajmniej raz w życiu trafił na jakiś bardzo dziwny film. Interesuję się psychologią, więc z mojego punktu widzenia fascynujące jest to do czego są zdolni ludzie. Dodajmy, że na filmach widać ich twarze, często są nawet podane imiona i nazwiska. 

Internet z jednej strony jest fajny, a z drugiej szalenie niebezpieczny i demoralizujący. Przeraża łatwość z jaką młodzi ludzie mogą dotrzeć na przykład do pornograficznych lub niebezpiecznych treści. Czy nie wydaje się Wam, że powinna powstać jakaś cenzura, która by się zabrała za tego typu dostępne w sieci filmy /artykuły /zdjęcia itp.? 

Moim zdaniem narastająca agresja oraz (jak by to nazwać) coraz większa skłonność do różnych dziwnych zachowań (dewiacji seksualnych) rozwija się tak szybko z powodu Internetu, w którym można znaleźć wszystko. Z drugiej strony jakakolwiek cenzura Internetu (jeśli jest możliwa) mogłaby sprawić, że wielcy tego świata zupełnie przejmą nad nami kontrolę. Kurcze to są trudne sprawy :(

Problemem jest to, że na YouTube, a szerzej w całym Internecie mamy do czynienia z ludźmi z całego świata. Coś co np. w Polsce uchodzi za niemoralne albo niezgodne z prawem np. w Indiach albo w Wenezueli może być uznawane za legalne i normalne. Idąc tym tropem oglądając lub ściągając na twardy dysk filmik dodany na YouTube przez kogoś w Indiach lub innym kraju możemy łamać polskie prawo.



Poniżej przedstawiam pięć dziwnych kanałów na YouTube


Generalnie na tym kanale dziewczyny i chłopcy lubią wiązać sobie ręce, zasłaniać oczy itp. Czy jest w tym coś fajnego? To zależy. Ładna, skrępowana dziewczyna kręci wielu facetów. Ale nie w takim wykonaniu jak to robią oni. Ich filmiki mają być chyba śmieszne, ale w większości są po prostu durne. Dodam, że na YouTube jest bardzo dużo kanałów o podobnej tematyce. Poniżej prezentuję jeden wybrany film z kanału Challenge The Magician (RMTV)





Powiadają i piszą, że śmiech leczy i ja się z tym zgadzam. Śmiech, optymizm, ogólnie pozytywne nastawienie do życia są bardzo ważne. No ale żeby zaraz "rozkręcać biznes" i tworzyć filmy o tym jak się kogoś łaskocze? No ludzie, litości :)





Ach te azjatyckie teleturnieje. Pośmiejmy się i przejdźmy do kolejnego kanału :)




Wyginam śmiało ciało :)





Tak jak nazwa wskazuje ktoś dodaje filmy ze skutymi kajdankami dziewczynami. Takich kanałów też jest bardzo dużo, niektóre istnieją od wielu lat i żadna cenzura ich nie blokuje.




Kolejny dziwny kanał . Zastanawiam się gdzie są granice :( Nie macie wrażenia, że tak łatwa dostępność do filmów tego typu może mieć zły wpływ na dzieci, które często bez nadzoru rodziców przeglądają YouTube? 



Ten kanał jest obrzydliwy. Mężczyzna przebiera się za kobietę. Gdzie jest cenzura i psychiatrzy? Oczywiście z tego paskudnego kanału nie wyświetlę na moim blogu żadnego filmu. Jeśli ktoś jest zainteresowany niech kliknie: Sandy Crossdresser




Kanał dwóch dziewczyn, które pokazują publicznie to, czego pokazywać nie powinny. Swoje erotyczne fantazje powinny pozostawić dla siebie. Kolejny raz warto zadać pytanie: czy filmy tego typu powinny być tak łatwo dostępne dla osób w każdym wieku?




Kanałów takich jak ten jest na YouTube wiele, co na nich jest chyba tłumaczyć nie trzeba. Większość raczej narusza zasady serwisu i pokazuje rzeczy niebezpieczne. Mimo tego większość kanałów tego typu ma się dobrze. No nic, nie marudzę dalej. Zapraszam na film, na którym dziewczyna w kajdankach robi jajecznicę. Ach jaki ten Internet nienormalny :D





10. Jako numer dziesięć zapraszam na film pt.:
"10 najdziwniejszych filmów na youtube"


Pozdrawiam wszystkich, którzy przeczytali moje wypociny i wyłapali między wierszami, że mam wątpliwości, czy Internet nas czasem nie demoralizuje. Kurcze jak będę miał dzieci to chyba zainstaluję im na kompie całą serię zabezpieczeń przed dziwnymi stronami, filmami, pornografią itp. :)

Kościół katolicki coraz więcej dziwactw, które mnie smucą

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że jestem praktykującym katolikiem, a artykuł ten napisałem z potrzeby serca. Chciałbym opisać to co mi przeszkadza w Kościele, który moim zdaniem stacza się coraz bardziej. Idę o zakład, że wiele osób ma podobne zdanie.

Jest wiele zagadnień, które chciałbym poruszyć (patologie podczas pierwszej komunii, śluby kościelne, msze prymicyjne na które młodym księżom często w prezencie daje się samochody, klaskanie i pajacowanie w kościele, zdjęcia dodawane przez księży na portalach społecznościowych i spoufalanie się z młodzieżą - oj sporo tego jest).


"Odnoszę wrażenie ,że nastała moda na to kto ma lepszy ślub i wystawniejsze wesele!

zauważyłam że na fb panuje taka jakby "zajadła"konkurencja na to kto lepiej ,drożej..itp!czy tylko ja to widzę?" - komentarz Internautki: Źródło



Dzisiejszy artykuł poświęcę ślubom kościelnym, które coraz częściej wyglądają jak pokaz mody. Najważniejsze są kreacje, udekorowanie kościoła, oprawa, szpan... Znam wielu księży, kilku organistów i po rozmowie z nimi oraz dzięki własnym obserwacjom doszedłem do wniosku, że w Polsce obecnie podczas ślubów Bóg, miłość, przysięga małżeńska mają drugorzędne znaczenie. Liczy się oprawa, ilość kwiatów, jakość organisty itp. Często młode pary życzą sobie, żeby podczas mszy śpiewała jakaś pani zamiast organisty, kurcze niech może od razu zaproszą śpiewaczkę operową! No ale profil na Facebooku zobowiązuje, przecież każdy musi mieć zdjęcia ze swojego ślubu lepsze od "konkurencji". Ludzie stali się celebrytami i tak jak celebryci pragną być na szczycie. Coraz trudniej jest znaleźć normalną dziewczynę, normalnego chłopaka, którzy nie chcą szpanować, nie pragną się wyróżniać.

Przecież ślub w Kościele to przede wszystkim Msza święta oraz przysięga małżeńska. Jeśli te dwa elementy są mniej ważne od całej otoczki (dodatków) i ilości lajków na Facebooku to taki ślub jest nieważny. 

Są oczywiście chlubne wyjątki, jednym z nich jest Anna, która na swoim blogu napisała takie oto słowa:


"Nie dziwota więc, że od małego pojone takimi bzdetami dziewczynki jedyne o czym marzą to romantyczne zaręczyny, a następnie wystawny ślub. Z pewnymi nieodłącznymi elementami bez których tak jakby liczył się mniej. To prozaiczne i śmieszne w mojej opinii rozumowanie wymaga absurdalnie wysokich nakładów pieniężnych, które w rożnym stopniu pożytkuje się na białe BMW, księdza, salę w domu weselnym, girlandy kwiatów, orkiestrę, ludyczny szał ciał, kanistry wódki, świniaki, sałatki, torty, serniki, ogórki kiszone i flaczki. Musi być na bogato wbrew rozsądkowi i stanowi konta. Często na przerażający kredyt, który będzie wisiał nad państwem młodym jeszcze kilka(naście) długich lat, a może nawet przeżyje ich małżeństwo, takie czasy.


Bez szpanu i lansu wesele liczy się jakby mniej. Ludzie gadają. Oceniają. Mniejsza impreza, brak bryczek i białych gołąbków, skromna sukienka i drobny poczęstunek są powodem niekończącej się gdybaniny i pogardliwych komentarzy. Kobiety przerażone tym niewdzięcznym fatum „bidnego wesela za co najwyżej dwa tysiące” popadają w paranoję (...)" - link do całego artykułu Anny: http://www.mamaimia.pl/dlaczego-nie-wydam-tysiecy-na-slub/



Ja od siebie zadam pytanie: gdzie w tym wszystkim jest Bóg? Czy aby we współczesnym świecie, a raczej we współczesnej Polsce ślubu w Kościele nie bierze się dla szpanu? Czy aby większość młodych par nie ma w głębokim poważaniu Boga i małżeńskiej przysięgi? A jeśli ktoś w Boga nie wierzy to po jaką cholerę bierze ślub przed ołtarzem? To trochę tak jakby człowiek lubiący mięso zapisał się do stowarzyszenia wegetarian - gdzie tu jest logika? 


Jest więcej ludzi, którzy pragną normalnego, skromnego wesela. Nie wiem, czy dla wszystkich najważniejszy jest Bóg, ale przynajmniej nie uznają tego całego szpanu. Na tym forum znajdziecie kilka takich osób: 


Patologie podczas ślubów:







Post krótki, zwięzły i konkretny. Dziękuję wszystkim, którzy przeczytali :)

piątek, 14 lipca 2017

Fikcyjna dziewczyna wykiwała speców od bezpieczeństwa narodowego!


„Zbrodnie przyszłości. Jak cyberprzestępcy, korporacje i państwa mogą używać technologii przeciwko tobie”.


Poniższa, historia jest prawdziwa i pochodzi z książki pt.: „Zbrodnie przyszłości”.

          Robin Sage była atrakcyjną 25-latką zatrudnioną na stanowisku analityka zagrożeń cyberatakami w Dowództwie Wojny Sieciowej Marynarki Wojennej USA. Ukończyła MIT i miała na koncie praktykę w NSA. Podobnie jak wiele osób w jej wieku była aktywną użytkowniczką mediów społecznościowych: miała profile na Facebooku, Twitterze i w serwisie LinkedIn. Krótko po rozpoczęciu kariery w marynarce wojennej zaczęła rozsyłać zaproszenia do grona znajomych do innych specjalistów od zagrożeń internetowych, którzy pracowali na rzecz Stanów Zjednoczonych. W ciągu niecałego miesiąca grono jej znajomych urosło do ponad 300 osób, wśród których znajdowali się funkcjonariusze armii, pracownicy podwykonawców wojskowych oraz ludzie pracujący w różnych agencjach wywiadowczych. Nawiązała kontakt między innymi z przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, dyrektorem ds. informatycznych w NSA, wysokiej rangi przedstawicielami wywiadu Marine Corps, szefem gabinetu pewnego amerykańskiego kongresmena oraz wysokiej rangi menedżerami firm Lockheed Martin, Northrop Grumman i Booz Allen Hamilton.

          Wprawdzie niektórzy adresaci jej zaproszeń w pierwszej chwili nie potrafili sobie przypomnieć tej młodej kobiety, ale Robin zapewniała ich, że spotkali się rok wcześniej na konferencji DEF CON, wielkim zgromadzeniu hakerów, na którym zjawiają się zarówno hakerzy, jak i normalni szpiedzy. Jeśli ktoś nadal miał wątpliwości, mógł przejrzeć listę jej kontaktów, a liczba wspólnych znajomych natychmiast uśmierzała wszelkie obawy. Robin zaprzyjaźniła się na Facebooku i LinkedIn nawet z ludźmi pracującymi w tym samym budynku Naval Network Warfare Command. Kiedy jej obecność w mediach społecznościowych stała się zauważalna Lockheed Martin i inne firmy zaczęły przejawiać zainteresowanie jej zatrudnieniem. Posypały się oferty pracy. Był tylko jeden mały problem: Robin Sage w ogóle nie istniała.

          Sage była wymysłem Thomasa Ryana – doradcy ds. bezpieczeństwa, który chciał sprawdzić, jakie zagrożenia wynikają z używania mediów społecznościowych przez osoby zajmujące się bezpieczeństwem narodowym. Cel był prosty: przekonać się, jakie dane wywiadowcze można zebrać, posługując się fikcyjną tożsamością. W ciągu niecałego miesiąca nowi znajomi zaczęli się dzielić z jego alter ego, atrakcyjną Robin Sage bardzo szczegółowymi informacjami. Wcielając się w wirtualną Matę Hari, Ryan oszukał między innymi pewnego komandosa, który zaprzyjaźnił się z „młodą kobietą” i zaczął jej przysyłać swoje zdjęcia, zawierające dane lokalizacyjne jego tajnej bazy w Afganistanie. Później poinformował nawet swoją „przyjaciółkę” o szczegółach przeniesienia jego oddziału do Iraku.

          Tożsamość ekranowa Robin Sage była tak przekonująca, że przesyłano jej nawet poufne dokumenty do przejrzenia oraz propozycje wystąpienia na różnych ważnych konferencjach dotyczących cyberwojny i bezpieczeństwa narodowego. Czy podejście fortelem elitarnej grupy doświadczonych wojskowych i przedstawicieli wywiadu dbających o bezpieczeństwo narodowe Ameryki było trudne? Ależ skąd, było dziecinnie łatwe! Ryan po prostu znalazł odpowiednie zdjęcie w Internecie i wykorzystał je do stworzenia profilu Sage. Tak naprawdę fotografia przedstawiała mało znaną porno gwiazdkę o marnej reputacji. Nawet imię i nazwisko Robin Sage były w rzeczywistości kryptonimem zakrojonych na wielką skalę manewrów wojskowych przeprowadzanych co roku przez armię w Karolinie Północnej. Adres Robin? Należał do niesławnej firmy Blackwater, realizującej kontrakty dla wojska. Eksperyment z Robin Sage pokazuje, jak łatwo można nadużyć ludzkiego zaufania do treści widniejących na ekranie komputera. Skoro świetnie wyszkoleni wojskowi i agenci wywiadu dali się nabrać, jakie szanse na uchronienie się przed tego typu zagrożeniami mają zwykli ludzie? Kiedy jednak wszystko jest ze sobą połączone, ekrany komputerów nie są jedynymi, o których zawartość powinniśmy się martwić (…)”



Źródłem powyższego tekstu jest książka pt.: "Zbrodnie przyszłości" autorstwa agenta FBI Marca Goodmana, rozdział 9 od strony 161.

niedziela, 21 maja 2017

Artykuł o tym jak cię dyma system i wielkie korporacje (część 1)


            Większość ludzi z entuzjazmem akceptuje nowe technologie. Coraz więcej osób słuchając propagandowych haseł o nowoczesności płaci za towary i usługi kartą. Każdy chce być nowoczesny i posiadać swój profil na Facebooku, Twitterze, Google+ i tym podobnych portalach społecznościowych. Pamiętam jak na studiach uczyłem się o działalności służb specjalnych, które w dawnych czasach zbierając o kimś informacje musiały zaangażować ludzi i środki, aby śledzić szpiegowaną osobę, podsłuchiwać ją, a nawet przeszukiwać jej śmieci aby pozyskać o niej jak najwięcej informacji.
            Internet, a potem portale społecznościowe wywróciły cały świat do góry nogami. Okazało się, że dzięki kilku sztuczkom można łatwo namówić ludzi do tego żeby sami udostępniali o sobie informacje, które kiedyś można by uzyskać tylko dzięki kilku śledzącym ich agentom służb specjalnych.
           
Zacznijmy od najprostszych danych osobowych takich jak: imię, nazwisko, data urodzenia, wykształcenie, zainteresowania, poglądy. Są to podstawowe informacje, które wpisujemy do swoich CV oraz na swoich profilach na portalach społecznościowych (np. na Facebooku i Google+). Ilu z was bez zastanowienie wysyła mailowo CV do setek potencjalnych pracodawców? Zdajecie sobie sprawę, że takie rozsyłanie na lewo i prawo swoich danych osobowych jest dla was bardzo niebezpieczne? Dzięki temu różne agencje reklamowe, brokerzy danych, a nawet przestępcy (nie wspominając o służbach państwowych) mają dostęp do bardzo cennych informacji na wasz temat.
Każdego dnia setki oszustów wyrabia sobie fałszywe dowody osobiste i bierze kredyty na ludzi, których dane zebrali w Internecie. Niestety niektórzy ludzie są tak naiwni, że potrafią wysyłać poprzez maile ksera /skany swoich dowodów osobistych lub innych dokumentów umożliwiających weryfikację ich tożsamości. Szczytem bezczelności jest niezgodne z prawem zmuszanie portalu Facebook do podawania swoich prawdziwych danych osobowych, a nawet do wysyłania zeskanowanego dowodu osobistego.


Oto przykład niezgodnego z prawem zachowania portalu Facebook:



           
Myślisz, że jesteś nowoczesny bo płacisz kartą?
        Płacenie kartą powoli staje się modą, ba wszyscy nam wmawiają, że pieniądz elektroniczny jest lepszy. Niektórzy wręcz twierdzą, że za jakiś czas znikną pieniądze papierowe i zostaną tylko te wirtualne (elektroniczne, niewidzialne). Psycholodzy oraz wielkie sieci supermarketów wiedzą doskonale, że klient, który płaci kartą kupuje więcej. Tak już działa ludzki mózg, który „widzi”, że jak płacimy gotówką to dajemy kasjerce dużą sumę pieniędzy, której nie dostajemy z powrotem. Wówczas mózg „informuje” nas, że coś jest nie tak, że nam w „portfelu ubyło”. A jak reaguje mózg, kiedy widzi jak płacimy kartą? W takiej sytuacji mózg nas przed niczym nie ostrzega, ponieważ kartę, którą podaliśmy kasjerce po chwili dostajemy ponownie do ręki (oddano nam to, co daliśmy więc wszystko jest OK). Problem pojawia się dopiero za jakiś czas, kiedy pocztą otrzymamy wyciąg z banku, wówczas uświadamiamy sobie, że mamy na koncie o wiele mniej pieniędzy, ale wówczas jest już za późno.
            Jest coś jeszcze gorszego. Na wyciągu bankowym znajdują się szczegółowe informacje o tym, gdzie (w jakim mieście oraz w jakim sklepie) i za ile robiliśmy zakupy. Mnie osobiście to przeraża. Dlaczego ktoś szpieguje mnie kiedy robię zakupy? Jakim prawem pracownicy banku robią coś takiego? To był jeden z powodów, które sprawiły, że wszędzie zacząłem płacić gotówką. Dzięki temu ani pani w banku, ani była żona, której prawnik przeglądał moje wyciągi bankowe nie mieli szans na szpiegowanie mnie. Wszędzie za wszystko płaciłem gotówką. Gdybym np. pojechał do odległego miasta i wynajął tam pokój w hotelu, a potem bym poszedł do baru i kupił drinka. Jeśli za to wszystko bym zapłacił kartą to bank i tak by na moich wyciągach to wszystko odnotował. Gdzie jest tu miejsce na prywatność?
            Jeśli chcecie to płaćcie za wszystko kartą, bądźcie nowocześni. Ja wolę być zacofany i za wszystko płacić gotówką.



Młode matki umieszczające na Facebooku zdjęcia swoich dzieci
Jest to problem opisany szeroko w różnych artykułach oraz książkach. Ambitnym i dociekliwym Internautom (takim jak ja) polecam książki „Pożeracze danych” (Konstanze Kurz, Frank Rieger) oraz „Zbrodnie przyszłości” napisaną przez Marca Goodmana.
Zacznijmy od tego, że w Internecie, a zwłaszcza na portalach społecznościowych każdy nasz ruch śledzą różne algorytmy. Twój numer telefonu, imię, adres email, nawyki, lista znajomych, lista kontaktów na gmail, kliknięcia „Lubię to”, komentarze, zwroty używanie podczas prywatnych rozmów oraz w mailach… Algorytmy mają wgląd praktycznie do wszystkiego, co robisz w sieci. Jeśli matka dodaje zdjęcia swojego dziecka, to algorytmy z automatu zaczynają gromadzić informacje na jego temat. Młode matki często piszą o tym, co ich pociechy lubią jeść, na co chorują, kiedy były szczepione itp. Algorytmy skrzętnie zbierają i analizują te wszystkie cenne informacje na temat dziecka (oraz matki). Kiedy dzieciak dorośnie, założy swojego pierwszego maila i swój pierwszy profil na Facebooku to Korporacje dzięki swoim algorytmom będą wiedziały o nim o wiele więcej niż on sam, dzięki temu od razu trafią w jego preferencje, wyświetlą mu odpowiednie reklamy, a służby specjalne lub przestępcy mogą ewentualnie go w jakiś sposób oszukać lub wykorzystać znając jego słabe punkty. A wszystko dzięki „kochającej” mamusi, która począwszy od zdjęcia USG chwaliła się na lewo i prawo swoją pociechą (nie mając świadomości, że niszczy w ten sposób życie swojemu dziecku).



Smartfony i tablety są bardzo niebezpieczne
Bardzo dużo na ten temat pisze agent FBI Marc Goodman w swojej książce „Zbrodnie przyszłości”. Ja po przeczytaniu jego dzieła zmieniłem swoje hasło na koncie Google i całkowicie odłączyłem od niego swój tablet oraz smartfona. Doszedłem do wniosku, że zabezpieczenia na urządzeniach mobilnych są zbyt słabe, a ryzyko wyłudzania /wykradzenia informacji na mój temat zbyt duże. Co z tego, że masz potężne hasło na swoim koncie Google skoro te same hasło haker może wykraść ze smartfona /tabletu, którego Android /Windows nie jest należycie aktualizowany przez producenta? Jest to obszerny temat, na którym znam się średnio, ale powiem wam jedno: z konta Google i ewentualnie z portali społecznościowych (jeśli już musicie) korzystajcie tylko z komputerów stacjonarnych, które mają zaktualizowanego Windowsa oraz zaktualizowane definicje w programie antywirusowym. Poza tym zawsze wpisujcie hasła (nigdy nie zaznaczajcie, że komputer ma zapamiętać hasło).
P.s. wiele aplikacji w Sklepie Play to wirusy. Czy warto ryzykować dla gierki w Smartfonie? Nie lepiej poczytać książkę, np. podczas podróży pociągiem /autobusem, niż grać w grę pobraną ze Sklepu Play narażając się na atak hakera albo wykradzenie danych osobowych przez szkodliwe oprogramowanie?



środa, 29 marca 2017

Terminator - film z ważnym przesłaniem


„W momencie pisania scenariusza przez Camerona nikt nie wierzył w sukces projektu. Najbardziej znane osobistości ze świata kinematografii uznawały początkującego reżysera za szaleńca, nie mającego najmniejszego pojęcia o kręceniu filmów. Dzieło Camerona zostało docenione dopiero po premierze, po której James zajął się reżyserią wysokobudżetowych klasyków, tylko potwierdzających jego wielki reżyserski talent” – źródło cytatu: http://www.filmweb.pl/reviews/Elektroniczny+morderca-17149



Artykuł ten chciałbym poświęcić dwóm pierwszym filmom oraz serialowi, które razem tworzą jedną spójną fabularnie całość. Tak więc poniższy tekst dotyczy PIERWSZEJ LINII CZASU (patrz mój obrazek powyżej).


Krótka refleksja…
Umyślnie postanowiłem umieścić na początku tego artykułu swoje przemyślenia, które naszły mnie po obejrzeniu Terminatora 1 i 2 oraz serialu „Kroniki Sary Connor”. Uważam, że to, co uznaję za PIERWSZĄ LINIĘ CZASU jest czymś więcej niż tylko dwoma filmami i serialem. Te filmy i serial tworzą pewną fabularną całość, po obejrzeniu, której zadałem sobie następujące pytania:
- do czego może doprowadzić postępująca cybernetyzacja świata?
- czy stworzenie sztucznej inteligencji (SI) może doprowadzić do zagłady gatunku ludzkiego?
- czy sztuczna inteligencja (terminator) może się nauczyć kochać?
- czy wybuchnie kiedyś wojna atomowa, która zdziesiątkuje ludzkość?
- czy ludzkość jest warta ocalenia?
- czy ludzkość dąży do samozagłady?
- czy podróże w czasie są możliwe?
- czy rozwój technologiczny jest dla ludzkości błogosławieństwem? A może jest czymś, co ześle na ludzkość zgubę?
           



Terminator (film z 1984 roku)
Kultowy, wspaniały, ponadczasowy i warty najwyższego uznania film o Terminatorze nakręcono w roku 1984. Był to pierwszy film, w którym pojawił się motyw podróży w czasie. Tego ówcześni fani Science Fiction (S-F) nie znali, ba tego nie było nawet w Gwiezdnych Wojnach z 1977, 1980 i 1983 roku!
Akcja Terminatora (nie licząc krótkich wspomnień i snów z odległej postapokaliptycznej przyszłości) dzieje się w czasach współczesnych ówczesnym aktorom. Dzięki temu lata 80-te XX wieku w tym filmie wyglądają tak, jak wyglądać powinny. Oddają ducha epoki! Podoba mi się, że wybitny reżyser James Cameron tak to właśnie rozegrał. Ubiór, fryzury, ogólnie wygląd Amerykanów z lat 80-tych XX-wieku robią wrażenie na nastolatkach, którzy dopiero w XXI wieku mieli okazję obejrzeć Terminatora z 1984 roku po raz pierwszy. Reakcje młodych ludzi, którzy oglądają filmy z fabułą osadzoną w latach 80-tych często mnie pozytywnie śmieszą, ale to tylko taka moja drobna dygresja.


„Najlepszy, jedyny, cudowny, 85 rok, 3 klasa podstawowa, u kolegi, który miał odtwarzacz Orion oglądałem pierwszy raz, to nic, ze filmu nie rozumiałem, ważne, ze był straszny i to pamiętam do dziś” – komentarz Internauty anonim90 ze strony: http://www.cda.pl/video/22933286

Opis fabuły wypada rozpocząć od udzielenia odpowiedzi na pytanie: Kim /czym jest Terminator? Najkrótsza odpowiedź brzmi: Terminator jest robotem, który przybył z odległej przyszłości, aby zabić pewną kobietę, Sarę Connor (graną przez aktorkę Lindę Hamilton). Na pozór zwyczajna dziewczyna okazuje się być niezwykle ważna, widz w trakcie seansu dowiaduje się, że Sara ma urodzić chłopca, który po wojnie atomowej zostanie przywódcą ruchu oporu składającego się z resztek ludzkości walczących z robotami. Do atomowej apokalipsy ma dojść w 1997 roku.
W kultowym filmie Jamesa Camerona z 1984 tytułowego Terminatora  zagrał Arnold Schwarzenegger. Robot wyglądający jak umięśniony mężczyzna został wysłany w przeszłość z misją likwidacji wspomnianej Sary, zwyczajnej dziewczyny żyjącej w latach 80-tych XX w., która mieszka razem z koleżanką. Beztroska codzienność Sary kończy się w chwili, w której terminator próbuje ją zamordować w nocnym klubie.
Na szczęście przywódca ludzkiego ruchu oporu John Connor zdołał wysłać w przeszłość jednego ze swoich żołnierzy, Kyle Reese (granego przez Michaela Biehna) z misją nie dopuszczenia do śmierci Sary, śmierci, której efekty byłyby straszne – John Connor nigdy by się nie urodził.

„Pierwszego terminatora z 84 r. będąc dzieckiem oglądało się w 80 latach na kasatach VHS po kryjomu żeby rodzice nie widzieli, wtedy był tylko dla dorosłych. Terminator 1 i 2 to klasyk, którego dzisiejsza młodzież nie zrozumie, wtedy nie istniał internet czy smartfon. A obejrzenie w tamtych czasach tego filmu pamięta się do dziś. Ponadczasowe produkcje” – komentarz Internauty anonim131 ze strony: http://www.cda.pl/video/229337cd

Warto wspomnieć, że film Terminator z 1984 roku sprawił, że kariera dwóch mało znanych osób wystrzeliła jak kamień z procy. Mam na myśli karierę słabo wówczas rozpoznawalnego austriackiego kulturysty Arnolda Schwarzenegera oraz stawiającego pierwsze kroki w sztuce filmowej reżysera Jamesa Camerona. Wierzcie, lub nie, ale Terminator był filmem niskobudżetowym (kosztował mniej niż 7 mln dolarów) z mało znaną obsadą, który uznano za dzieło wybitne, kultowe, na równi z Gwiezdnymi Wojnami i Obcym!
„W momencie pisania scenariusza przez Camerona nikt nie wierzył w sukces projektu. Najbardziej znane osobistości ze świata kinematografii uznawały początkującego reżysera za szaleńca, nie mającego najmniejszego pojęcia o kręceniu filmów. Dzieło Camerona zostało docenione dopiero po premierze, po której James zajął się reżyserią wysokobudżetowych klasyków, tylko potwierdzających jego wielki reżyserski talent” – źródło cytatu: http://www.filmweb.pl/reviews/Elektroniczny+morderca-17149





Terminator 2 Dzień Sądu (film z 1991 roku)
„2 pierwsze części starały się mieć jakieś przesłanie związane z cybernetyzacją świata,,, reszta to typowe napieprzanki z Terminatorem w tytule ehhh ALE JEST NADZIEJA Cameron chce odzyskać prawa i w 2019 mają rozpocząć się prace nad nowym Terminatorem” – komentarz Internauty Arkadiusz_Gorski ze strony: http://www.cda.pl/video/229337cd

Mam nadzieję, że Pan Arkadiusz Górski ma rację i Cameron nakręci kolejny film, który fabularnie będzie stanowił kontynuację PIERWSZEJ LINII CZASU

Po wielkim sukcesie pierwszej części Terminatora wszyscy z zapartym tchem oczekiwali na filmową kontynuację opowieści o Sarze Connor, która ma urodzić „zbawcę” ludzkości. Czekali i się doczekali, bowiem dnia 1 lipca 1991 roku w kinach pojawił się film Terminator 2 Dzień Sądu.
Okazało się, że Sara urodziła syna, który trafił do rodziny zastępczej, a ona została zamknięta w „wariatkowie”. No co? Dziewczyna jeździła po świecie, gdzieś w dżungli urodziła synka, uczyła go walczyć i opowiadała na lewo i prawo, że będzie on w przyszłości przywódcą ruchu oporu, który w postapokaliptycznym świecie walczy z robotami. W końcu została aresztowana podczas próby wysadzenia w powietrze jakiejś fabryki produkującej komputery.
Oj nie płaczcie długo w „wariatkowie” nie siedziała. Po zaledwie trzech latach odosobnienia do budynku zakładu psychiatrycznego wparowały dwa walczące ze sobą Terminatory. No, ale zacznijmy od początku. Arnold Schwarzenegger ponownie wcielił się w rolę Terminatora model T-800, który tym razem dla odmiany ma za zadanie ochraniać młodego (10-letniego) Johna Connora. Zagrożeniem dla chłopca jest nowoczesny, zbudowany z płynnego metalu Terminator model T-1000, którego znakomicie zagrał Robert Patrick.
Zatrzymajmy się dłużej przy modelu T-1000, który moim zdaniem jest kapitalny. Pojawia się nawet w drugim sezonie mojego ulubionego serialu „Terminator: Kroniki Sary Connor”. Terminatory model T-1000 są zbudowane z ciekłego metalu (stopu mimetycznego), dzięki czemu mogą zmieniać swój wygląd i kształt, oraz np. przekształcać kończyny w ostrza. Model ten może bez problemu przybrać wygląd osoby, którą przed chwilą zabił.


„Zdecydowanie jest to mój ulubiony film, nie zliczę już ile razy go widziałem, a w zasadzie zacząłem jako jeszcze dziecko. Ciężko tutaj mówić o jakichkolwiek wadach, nie ma za bardzo do czego się przyczepić, chyba, że na siłę, a lista zalet zapewne jest długa. Z pewnością urzekły mnie kreacje aktorskie Arnolda Arnold Schwarzeneggera, Edwarda Furlonga, Lindy Hamilton czy Roberta Patricka, którzy moim zdaniem zagrali swoje życiowe role. Chociaż mamy tutaj do czynienia ze świetnymi efektami specjalnymi i doskonałą muzyką to i tak wg mnie najważniejsze jest przesłanie. Obecnie osiągnięcie samoświadomości przez maszyny może wydawać się śmieszna ale nie wiadomo w jakim kierunku podąży w przyszłości rozwój sztucznej inteligencji. Bo z jednej strony rozwój technologiczny to błogosławieństwo dla ludzkości ale z drugiej może kiedyś zesłać na nas zgubę. Co będzie jeśli któregoś dnia maszyny zaczną myśleć samodzielnie i zbuntują się przeciw swoim stwórcom? Również dużo dają do myślenia ostatnie słowa filmu: "Jeśli maszyna - terminator nauczyła się cenić ludzkie życie, może i my kiedyś się tego nauczymy?" wskazujące, że i tak największym zagrożeniem dla człowieka jest drugi człowiek” – komentarz Internauty Kamil_B6 ze strony:




Terminator: Kroniki Sary Connor (Serial TV 2008-2009)
Serial niestety liczy tylko dwa sezony i nie jest dokończony. Łącznie nakręcono 31 odcinków liczących po ok. 42 minuty. Scenariusz do tego wspaniałego dzieła pisał James Cameron, co w oczach fanów daje serialowi dodatkowe plusy. Kolejnym pozytywem jest amerykańska aktorka Summer Glau, która zagrała „dobrego” Terminatora model T-900 o imieniu Cameron. W serialu jej pełne imię i nazwisko brzmi Cameron Phillips. W skrócie jest ona przeprogramowanym Terminatorem wysyłanym z roku 2027, aby chronić Johna Connora i jego matkę, Sarę Connor. Model T-900, różni się od wszystkich innych znanych widzom Terminatorów. Cameron jest pokryta żywą tkanką opartą na tkance Allison Young, najbliższej współpracowniczki Johna Connora, (przywódcy ruchu oporu). Cameron T-900 jest najbardziej ludzkim cyborgiem jakiego widziałem, ona chyba nauczyła się kochać Johna Connora, a on (chyba) pod koniec serialu spróbował odwzajemnić jej „uczucia”.


„Sądzę, że John tez coś czuł do Cameron. Pamiętam jak desperacko chciał jej pomóc w walce z T-888 (S1E05) podczas akcji odbijania Dereka z rąk FBI. Gotowość do poświęcenia dla niej własnego życia na pewno świadczy o poważnych uczuciach względem Cam.
Poza tym John zawsze krył Cameron przed Sarą gdy Cam miała jakieś usterki (S2E04) albo realizowała swoje, nie do końca jasne plany (jak na przykład z chipem Vicka czy z pozostawieniem części z rozbitych terminatorów)” – komentarz (dot. serialu) Internautki jackejan ze strony: http://www.filmweb.pl/serial/Terminator%3A+Kroniki+Sary+Connor-2008-369170/discussion/Cameron+i+John,1572332





„Osobiście uważam, że John kochał( bądź jak ktoś woli: ' coś tam czuł' do) Cameron. Niektórzy mogą powiedzieć: 'ee tam, to tylko zadurzenie nastolatka, który poznał seksowną dziewczynę', ale ja tak nie uważam. John był gotów zrobić zbyt wiele dla Cameron: jak już wspomniałeś chciał się praktycznie rzucić na T-888 z gołymi rękami, żeby ją uratować, wycelował broń na własnego wuja, żeby ją chronić, no i coś co IMO najbardziej świadczy o jego uczuciach- poszedł do 2027 za Cameron, jest to ładne odniesienie do T1, bo John Connor-mniej więcej jak Kyle ;)- również przeszedł przez czas dla kobiety( lub raczej cyborga ;P), którą kocha. No, powiedzmy sobie szczerze- dla tego cyborga John był gotowy pójść do piekła i z powrotem( no i to zrobił... post-apokaliptyczny świat bez Johna Connora można nazwać piekłem).
A jeżeli jeszcze ktoś ma jakieś wątpliwości po serialu polecam oglądnąć komentarze DVD do TSCC, lub nawet wywiady, JF otwarcie mówił o tym, że John kocha Cameron. Nawet ta cała sprawa z Riley świadczyła jak głębokie są jego uczucia, bo wprowadzając w swoje życie Riley nie tylko chciał żyć normalnie, po prostu chciał zakopać swoje uczucia do pewnego terminatora, uciec od nich, ale jak się przekonaliśmy nie udało mu się, a przy okazji zginęło paru ludzi .
Co do Cameron... tu rzecz jasna sprawa jest bardziej skomplikowana, ale ja nie mam wątpliwości, że Cameron kochała Johna. Cameron to najbardziej zaawansowany cyborg w historii uniwersum Terminatora, od odcinka pierwszego mówiono nam, że jest inna, więc nie mam problemu z zaakceptowaniem, że Cameron-na swój sposób- czuła. Rzecz jasna była to inna miłość( w końcu ona nie była człowiekiem), ale to nie znaczy, że była gorsza. Jak Summer kiedyś powiedziała: 'John jest centrum jej świata'( czy coś takiego), zrobiłaby dla niego dosłownie wszystko, nawet usuwając rozkaz 'Terminate John Connor'. Jak Friedman powiedział w komentarzach DVD to było dla Cameron jak akt miłości do Johna i pokazało to, że ona sama potrafi wybierać i, że rozwija się poza swoje oprogramowanie i nie jest już jego niewolnikiem.
Josh Friedman- a Summer i Dekker kapitalnie to odegrali ;)- stworzył świetny wątek tragicznej miłości człowieka, który pewnego dnia pokona Skynet i poprowadzi ludzi do zwycięstwa nad maszynami oraz terminatora, który początkowo został stworzony by go zabić... co za ironia, nie? :P” – długi i ciekawy komentarz Internauty blindsight ze strony: http://www.filmweb.pl/serial/Terminator%3A+Kroniki+Sary+Connor-2008-369170/discussion/Cameron+i+John,1572332



piątek, 3 marca 2017

Skandal na portalu Demotywatory

Zrzut ekranu mojego zbanowanego konta. A właśnie pod tym demotywatorem prowadziłem dyskusję (pisałem komentarz)

Dnia 2 marca 2017 roku jako Surwabuno1985 dodałem demotywator, którego celem była obrona tradycyjnego kanonu Gwiezdnych Wojen (tzw. Expanded Universe). Mam na myśli ten demotywator: http://demotywatory.pl/4749303/Disney-to-korporacja-ktora-zniszczyla-Gwiezdne-Wojny

Pod tym demotywatorem ukazały się liczne komentarze, na które odpowiadałem merytorycznie. Na pisanie odpowiedzi poświęciłem kilka godzin, rozwinęła się ciekawa dyskusja i nagle bez żadnego ostrzeżenia administratorzy portalu zrobili mi straszne świństwo. „W nagrodę” za godziny merytorycznej dyskusji zostałem zbanowany (zablokowany na miesiąc), a moje komentarze ukryte. 

Czyżby korporacja Disney bała się fanów, którzy protestują przeciw niszczeniu kanonu Star Wars? Czy na portalu demotywatory konstytucyjne prawo głosu (prawo do wyrażania własnych poglądów) przysługuje tylko zwolennikom wielkich korporacji? 

Jestem zbulwersowany zachowaniem administratorów portalu demotywatory.pl i jeśli moje konto nie zostanie odblokowane, a komentarze przywrócone, a ja przeproszony wystąpię z powództwem cywilnym ponieważ naruszono moje dobra osobiste. 


środa, 25 stycznia 2017

Opowieść o tym jak zniszczono kanon Gwiezdnych Wojen

Obrazek, który tłumaczy wszystko. Zrozumiesz o co chodzi po przeczytaniu artykułu.

I. Wstęp
            W 1971 roku George Lucas założył Lucasfilm, czyli wytwórnię filmową. Natomiast w 1977 roku w kinach ukazał się film „Gwiezdne Wojny, część IV: Nowa Nadzieja”, do którego scenariusz Lucas napisał osobiście. Rok szybciej ukazała się książka o takim samym tytule, która opisuje sceny nie ukazane w filmie (np. wzmianka o kaczce albo wizyta na Tatooine Biggsa Darklightera, który wstąpił do armii imperialnej, a później dołączył do rebeliantów). Książka przeszła bez echa, a film z kolei okazał się wielkim hitem, nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

            Ogromny sukces kinowy filmu „Gwiezdne Wojny, część IV: Nowa Nadzieja” w 1977 roku zaskoczył Georga Lucasa. Świat oszalał, efekty specjalne, walki kosmiczne, Moc, różne rodzaje statków kosmicznych oraz przedstawicieli innych niż ludzie cywilizacji… Widzowie /fani byli (i dalej są) tym wszystkim zauroczeni, zachwyceni, zaczarowani…

            Na amerykańskim rynku zaczęły się pojawiać różne gadżety (koszulki, figurki itp.) z filmowymi bohaterami. Sukces był wielki i niespodziewany. W 1980 r. w kinach ukazała się kolejna część „Gwiezdne Wojny, część V: Imperium kontratakuje”, a w 1983 r. „Gwiezdne Wojny, część VI: Powrót Jedi”. George Lucas czuwał nad każdym elementem obu kolejnych części. I to tyle, jeśli chodzi o filmy. Śmiem twierdzić, że filmy były zaledwie katalizatorem, dały początek (szkielet) rodzącemu się uniwersum Star Wars.

  Lucasfilm dbał, a precyzyjniej pozwalał na to, żeby uniwersum rozwijało się dalej. Wiele osób pisało książki, które opowiadały o tym, co działo się przed filmami, miedzy nimi oraz dziesiątki lat po „Powrocie Jedi”. Poza tym z błogosławieństwem Lucasfilm wyprodukowano wiele gier komputerowych, np. Star Wars Knights OLD REPUBLIC, której akcja dzieje się cztery tysiące lat przed powstaniem Imperium Galaktycznego.

           Książki, komiksy oraz gry z jednej strony poszerzyły naszą wiedzę o postaciach znanych z filmów (epizodu IV, V, VI), a z drugiej powołały do życia wiele nowych postaci takich jak np.: Kyle Katarn, Mara Jade, Jacen Solo, Jaina Solo, Anakin Solo, Ben Skywalker, Talon Kardee, senator Garm Bell Iblis i wiele innych… Poza tym wymyślono dziesiątki nowych planet, pojazdów oraz ras, które ubarwiły uniwersum Star Wars.

            Jak słusznie zauważył Adam Siennica w artykule „Star Wars” odarte z unikalności (link: https://naekranie.pl/artykuly/star-wars-odarte-z-unikalnosci) w latach 90-tych XX w. popularność filmów bardzo zmalała. Sytuację uratował Timothy Zahn, autor książki „Dziedzic Imperium”, która była pierwszą częścią Trylogii Thrawna.

            „Dziedzic Imperium” w księgarniach pojawił się w 1991 roku i podniósł na nogi całe Uniwersum. „Książka dokonała prawdziwej rewolucji, rozbudziła wyobraźnię ludzi na całym świecie i uratowała markę. Cała Trylogia Thrawna sprzedała się w liczbie ponad 10 mln sztuk i tak naprawdę rozpoczęła wielki boom na rozwój uniwersum, gdyż odnowiła na niespotykanym poziomie zainteresowanie „Gwiezdnymi wojnami”. EU utrzymywało popularność uniwersum po dzień dzisiejszy” – cytat z Adma Siennicy.

            Jedną z moich ulubionych gier z Uniwersum Star Wars jest „JEDI KNIGHT II: JEDI OUTCAST”. W grze wcielamy się we wspomnianego Kyla Katarna, najemnika na usługach Nowej Republiki, który musi stawić czoła złu zagrażającemu galaktyce. Kyle Katarn jest jedną z bardziej znanych postaci uniwersum Gwiezdnych Wojen (Expanded Universe). Pojawił się nie tylko w grze, ale też w wielu książkach. To właśnie on, jako najlepszy agent Sojuszu Rebeliantów wykradł plany budowy Gwiazdy Śmierci. Niestety Disney olał ten fakt tworząc film Łotr 1, w którym niestety nie ma takiej postaci jak Kyle Katarn.




       
II. Pierwszy etap niszczenia Gwiezdnych Wojen (2008 rok):
             Postanowiłem pominąć kolejne filmy nakręcone w latach 1999-2005, mam oczywiście na myśli epizody I, II i III. Choć muszę przyznać, że one również podważyły niektóre fakty zapisane w książkach (np. to, że mama Lei i Luka żyła jakiś czas po porodzie, albo to, że nie ma w nich wzmianki o planecie Wayland, górze Tantiss i cylindrach Spartii tworzących klony). Można powiedzieć, że epizod I, II i III częściowo nie zgadzały się z książkami, co nie było zachowanie poprawnym w stosunku do pisarzy (np. Timothy Zahna), którzy od lat 70-tych XX wieku nakręcali popularność Uniwersum.
            Potężny cios Uniwersum Gwiezdnych Wojen zadał serial zatytułowany Wojny Klonów emitowany w latach 2008-2014.  W tym miejscu warto wspomnieć poruszający artykuł z 2013 roku Jak „Wojny Klonów” zmieniły kanon „Gwiezdnych wojen”? Autor, Pan Adam Siennica wylicza po kolei jak, często chamsko, twórcy serialu potraktowali Uniwersum. Przyjrzyjmy się kilku spostrzeżeniom autora:

- W serialu "Wojny Klonów" rasę Mandalorian przedstawiono inaczej niż w książkach i komiksach. W „Wojnach Klonów” ukazano ich planetę w sprzeczności z tym, co dużo wcześniej opisała Karen Traviss w powieściach z Uniwersum Gwiezdnych Wojen. To właśnie ta pisarka rozbudowała Mandalorian, zdobywając rzesze fanów. Traviss już kończyła swoją karierę z Uniwersum Star Wars, mając w planach ostatnią książkę. Aczkolwiek wydarzenia z serialu tak ją zdenerwowały, że obraziła się i zdecydowała nie kończyć książki, ostatecznie porzuciła świat „Gwiezdnych Wojen”.

- W serialu „Wojny Klonów” Anakin Skywalker miał uczennicę Ahsokę Tano. Do tej pory nie rozumiem, jak zwykły rycerz Jedi mógł mieć uczennicę? No cóż, może twórcy serialu planując to wąchali jakieś zioło, nie zastanawiajmy się nad tym faktem, bo jeszcze nam odbije tak jak im. 

- „Gdy twórcy zaczęli sięgać do znanych postaci Jedi, niesmak fanów zaczął narastać. Najpierw wskrzeszono Etha Kotha, który pierwotnie zginął w pierwszej bitwie o Geonosis (pojawił się w małej rólce w drugim sezonie). Mieliśmy wielkie kontrowersje związane z postacią mistrza Jedi Evana Piela, którego z kolei widzieliśmy w sezonie trzecim. Kompletnie zmieniono finał jego historii, nie przejmując się wydarzeniami z książek. W „Nocach Coruscant” Piela umarł po walce ze szturmowcami, dając zadanie Jaxowi Pavanowi. Wydarzyło się to kilka lat po Wojnach Klonów. W wersji serialowej ginie on podczas misji w drugim roku walk. Na twórców produkcji telewizyjnej za ten zabieg spadła spora fala krytyki. Podobnie było na początku 5. sezonu z mistrzynią Jedi Adi Galią, która ginie w walce z Savage’em Opressem i Darthem Maulem. W pierwotnej wersji zabija ją Grevious w bitwie o Boz Pity” – źródło cytatu: https://naekranie.pl/artykuly/jak-wojny-klonow-zmienily-kanon-gwiezdnych-wojen

            Gwarantuję Wam, że w serialu „Wojny Klonów” można znaleźć o wiele więcej bulwersujących prób naruszenia Uniwersum, które denerwują prawdziwych fanów. A teraz przejdźmy do opisu kolejnej tragedii, która zaszkodziła Gwiezdnym Wojnom.

III. Ostateczny cios zadany Uniwersum Gwiezdnych Wojen
            Dzień 30 października 2012 roku na zawsze zostanie zapamiętany przez wszystkich fanów Gwiezdnych Wojen. To właśnie tego dnia George Lucas sprzedał Disneyowi za 4,05 mld dol. swoją wytwórnię Lucasfilm. Koncern Disney zyskał tym samym wszystkie prawa dotyczące Gwiezdnych Wojen, mógł z nimi zrobić, co chce, no i zrobił, niestety je zniszczył.




            Ludzie z Disneya pomyśleli sobie: Po co mamy czytać te wszystkie książki i komiksy, które ukazywały się od końca lat 70-tych XX wieku? Po co nam te gry komputerowe? Wyrzućmy wszystko do kosza, olejmy fanów, stwórzmy swój Disneyowy kanon dla dzieci. A jak! Fani Gwiezdnych Wojen to śmiecie, bez uczuć, co nas obchodzą te ich książki, co nas obchodzi jakieś ich Expanded Universe!

            Niestety tak się właśnie stało. Disney zupełnie zlekceważył tworzone przez dekady Uniwersum, wszystko wyrzucił do kosza…

            Fani oczywiście protestowali, walczyli o to żeby Disney uszanował postaci z książek, komiksów i gier, które w ciągu kilkudziesięciu lat pojawiły się w Uniwersum. Poniższy cytat chyba najdobitniej pokazuje jak takich fanów potraktowano: „Oliwy do ognia dolewa taktyka Disneya/Lucasfilmu w mediach społecznościowych. Od kilku dni trwają tam aktywne protesty z kulturalnym zwracaniem uwagi na bohaterów EU. Wszystkie komentarze setek fanów są kasowane, a ich autorzy – banowani. Jedyną osobą, która wykazała się ludzką reakcją, jest Jennifer Heddle z Lucasbooks, która w dniu ogłoszenia poświęciła wiele godzin, odpowiadając na pytania fanów na Twitterze. Z nich dowiadujemy się tylko jednej bardzo ważnej rzeczy – prawie wszystko, co dotąd zostało wydane, to „Star Wars Legends”, a wszystko, co będzie wydawane, jest częścią budowanego kanonu. Jeszcze większe zdziwienie związane jest z serią książek „Empire and Rebellion”, która składa się z trzech tomów tworzonych w podobnym okresie. Pierwsze dwa zostały już wydane i należą one do „Star Wars Legends”, natomiast trzeci tom ma nowy tytuł: „Heir of the Jedi” i wydany zostanie jako osobna książka należąca do nowego kanonu. Skoro mamy serię trzech powieści o trzech głównych bohaterach Sagi tworzoną jako jedna seria, dlaczego dwie są niekanoniczne, a jedna kanoniczna? Rodzi się wiele wątpliwości, zamieszania i jeszcze więcej niepewności (…)”. – Źródło cytatu: https://naekranie.pl/artykuly/star-wars-odarte-z-unikalnosci

            Jak wszyscy dobrze wiecie w 2015 r. ukazał się kolejny film „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy”, który miał być epizodem VII. Film ten dobił wielu fanów takich jak ja. Disney ostatecznie pokazał w nim środkowy palec wszystkim fanom Uniwersum Gwiezdnych Wojen. Nie uszanowano książkowego kanonu (Expanded Universe) nawet troszkę, co było ciosem dla wielu fanów. Podam Wam w tym miejscu taki oto przykład: W epizodzie VII „Przebudzenie Mocy” jednym z głównych bohaterów jest syn Lei i Hana zwany Kylo Ren (Ben Solo). Otóż w książkach Han i Leia mieli troje dzieci: bliźnięta Jacena i Jainę oraz młodszego od nich Anakina. Z kolei Luk Skywalker i Mara Jade mieli jednego syna, Bena (otrzymał on imię po pierwszym mentorze swojego ojca, Benie Kenobim).
Tyle jeśli chodzi o książki. Co z tym wszystkim zrobiono w kinowym epizodzie VII? Twórcy filmu byli tak bardzo złośliwi, że postanowili syna Hana i Lei nazwać Ben. Dlaczego nie dali mu na imię Jacen? Aż tak bardzo chcieli "dokopać" fanom Expanded Universe?
Poza tym w książkach imię Ben nosił syn Luka oraz Mary i tam to ma sens. Obi Wan Kenobi (Ben Kenobi) był dla Luka Skywalkera kimś ważnym, a dla Hana i Lei znaczył niewiele.

            Na tym chyba poprzestanę. Mam w sobie dużo żalu i złości na to, że moje dzieciństwo i młodość wyrzucono do kosza.

Słowa końcowe prawdziwego fana, który przeczytał kilkadziesiąt książek z Expanded Universe:
Do dnia dzisiejszego obejrzałem serial "Wojny klonów", oglądam też trzeci sezon serialu "Rebelianci". Oczywiście "Przebudzenie mocy" również widziałem, ba przeczytałem nawet dwie książki ("Nowy Świt" i "Dziedzic Jedi") z nowego kanonu. I muszę stwierdzić, że stary prawdziwy kanon (Expanded Universe) jest po prostu lepszy. Spójrzcie prawdzie w oczy po ukazaniu się dawno temu epizodów IV, V i VI popularność Gwiezdnych Wojen nakręcały książki, komiksy oraz gry komputerowe. Gdyby nie Trylogia Thrawna oraz wiele innych wspaniałych książek to, kto wie, czy świat o Gwiezdnych Wojnach by nie zapomniał. Poza tym Expanded Universe ma fajny, mroczny klimat, a obecny kanon jest bardzo dziecinny, wydaje mi się, że Disney celuje w najmłodszych i intelektualnie mniej wymagających odbiorców.

Trafnie o znaczeniu książek dla Uniwersum Star Wars napisał Pan Adam Siennica:

„Na początku lat 90. popularność „Gwiezdnych wojen” zaczynała powoli opadać, a cały szał gdzieś zanikał. Ludzie zaczęli żyć własnym życiem, a fandom zaczynał rozpływać się w powietrzu. Gdyby czegoś nie zrobiono, „Gwiezdne wojny” zostałyby tylko klasyką kina i na tym by się skończyło. Zmiana pojawiła się w 1991 roku, kiedy wydano „Dziedzica Imperium” Timothy’ego Zahna. Książka dokonała prawdziwej rewolucji, rozbudziła wyobraźnię ludzi na całym świecie i uratowała markę. Cała Trylogia Thrawna sprzedała się w liczbie ponad 10 mln sztuk i tak naprawdę rozpoczęła wielki boom na rozwój uniwersum, gdyż odnowiła na niespotykanym poziomie zainteresowanie „Gwiezdnymi wojnami”. EU utrzymywało popularność uniwersum po dzień dzisiejszy” – źródło cytatu: https://naekranie.pl/artykuly/star-wars-odarte-z-unikalnosci

W moim mniemaniu Expanded Universe trzyma poziom, a obecny kanon to taki "przeciętniaczek, słabiaczek" dla zabicia czasu.  Jeśli zaś chodzi o same filmy to tylko epizody IV, V i VI były fajne. Epizody I, II, III są przeciętne, a to co wychodzi spod marki Disneya jest raczej przeznaczone dla dzieci i z duchem Star Wars ma wspólnego tyle, co kot z psem. No proszę jakieś dziwaczne siostry nocy, w trzecim sezonie serialu "Rebelianci", które mają magiczne moce i opanowują ciała ludzi. Albo dziecinne tłumaczenie w "nowokanonicznej" powieści pt: "Ahsoka" powodu zmieniania kolorów przez miecze świetlne. Ludzie, litości!

Panie Lucas warto było niszczyć Gwiezdne Wojny dla kasy? Zamiast Mary Jade, rodzeństwa Jacena, Jainy i Anakina Solo mamy tandetę dla dzieci pod marką Disneya.

P.s. obrońcy nowego kanonu często twierdzą, że Expanded Universe czasem nie trzyma się kupy. Mam do takich ludzi pytanie. Jak wyjaśnicie to, że Luke Skywalker w książce z nowego kanonu pt.: "Dziedzic Jedi" tak długo trenuje przesuwanie różnych przedmiotów (zaczyna od makaronu) za pomocą Mocy, poza tym chłopak w epizodzie V uczy się jeszcze z Yodą. A taka Rey, złomiarka w epizodzie VII od razu potrafi za pomocą Mocy kontrolować umysły szturmowców i walczy na równi z Mrocznym Sithem Kylo Renem. Kto jej tego nauczył? Halo obrońcy nowego kanonu (dzieci) proszę wyjaśnijcie mi ową nielogiczność. Czekam!!!

Pozdrawiam prawdziwych fanów Expanded Universe J


Źródło: http://demotywatory.pl/4749303/Disney-to-korporacja...


Polecam artykuły:

Disney zmarnował nam życie! http://star-wars.pl/Forum/Temat/18941

Disney boi się Lei Organy w stroju niewolnicy. Moloch dołoży starań, abyśmy zapomnieli o skąpej kreacji http://www.spidersweb.pl/rozrywka/2015/11/04/leia-organa/


10 najciekawszych komiksów ze świata „Gwiezdnych wojen” http://booklips.pl/zestawienia/10-najciekawszych-komiksow-ze-swiata-gwiezdnych-wojen/



EXPANDED UNIVERSE W KOSZU, CZYLI CZEGO NAM ZABRAKNIE W NOWYCH GWIEZDNYCH WOJNACH - https://geekvevil.com/expanded-universe-w-koszu-czyli-czego-nam-zabraknie-w-nowych-gwiezdnych-wojnach/